wtorek, 27 lipca 2010
Dzisiejsza notka jest obrzydliwie spóźniona - za co przepraszam. Od razu zapowiadam także, że jutro wybywam na wakacje, więc kolejny wpis pojawi się mniej więcej za tydzień, chyba, że okoliczności przyrody zmówią się przeciwko mnie i zmuszą do siedzenia przed komputerem. Chyba każdy miał okazję spotkać się z kimś, kto stanowi nie lada problem przy układaniu domowego jadłospisu. Tego nie, tamtego nie, a jeżeli już to tylko określonej firmy lub z określonego sklepu. Zjawisko takie występuje także wśród domowych pieszczochów - np. koty, które jadają tylko Whiskasa lub takie, które nie przełkną nic innego poza świeżą drobiową wątróbką. Wybrzydzanie przy jedzeniu jest często postrzegane jako oznaka zmanierowania czy rozpieszczenia. Jeżeli problem dotyczy dziecka - mówi się, że manipuluje rodzicami, żeby uzyskać to, co chce. Na przykład więcej deseru zamiast szpinaku. Panuje także powszechne przekonanie, że wybrzydzanie to etap typowy dla młodego wieku i z czasem się z niego po prostu wyrasta. Tymczasem sprawa nie jest taka prosta. Po pierwsze - ograniczenie jadłospisu do kilku wybranych produktów czy potraw to także problem osób dorosłych. Po drugie - w przypadku dzieci - wybiórcze jedzenie czy odmowa jedzenia nie zawsze stanowią manipulację czy oznakę zmanierowania. Po trzecie - taka zaburzona relacja z jedzeniem czasem prowadzi to poważnych konsekwencji fizycznych zanim dana osoba zdąży z niego wyrosnąć. Zanim ktoś pomyśli, że znowu szukam dziury w całym i czyjeś żywieniowe dziwactwa nazywam zaburzeniem odżywiania, powiem tyle - problem selektywnego jedzenia jest na tyle poważny, że lekarze zajmujący się tworzeniem kryteriów diagnostycznych planują włączenie SED (Selective Eating Disorder) do klasyfikacji zaburzeń odżywiania.
Tadki-niejadki i osiwiałe mamy Wystarczy zajrzeć na dowolne forum poświęcone wychowaniu dzieci, aby zauważyć jak wiele mam szuka pomocy, bo ich dzieci nie jedzą, chcą jeść tylko marchewkę, albo pić kakao i generalnie z każdego posiłku robią cyrk. Mało kto wie, że w medycynie i psychologii funkcjonuje szereg pojęć opisujących tego typu problemy. Np. Food avoidance emotional disorder (FAED) czyli w wolnym tłumaczeniu emocjonalne unikanie jedzenia - dotyczy wieku dziecięcego, polega na tym, że głównym sposobem radzenia sobie ze stresem, lękami i nadmiarem emocji jest unikanie jedzenia. Nie jest to forma anoreksji, natomiast gdy zaburzenie rozwija się w sposób niekontrolowany prowadzi do podobnych konsekwencji - zachamowanie wzrostu i dojrzewania, niska masa ciała. Zaburzenie to dotyczy przede wszystkim dzieci (choć nie tylko), łączy się je także z łagodnymi postaciami autyzmu.
Tego nie, tamtego nie Selective Eating Disorder (SED) czyli zaburzenie polegające na jedzeniu tylko kilku wybranych produktów zazwyczaj połączony z jedzeniową neofobią (czyli dana osoba odczuwa silny lęk przed jedzeniem rzeczy nieznanych). Osoba cierpiąca na to zaburzenie jada kilka wybranych produktów/potraw, które uznaje za bezpieczne i akceptowalne. Najczęściej są to produkty bogate w węglowodany, np. owoce. Pozostałe jedzenie budzi lęk np. przed zakrzuszeniem się czy zatruciem, smak i zapach prowokują wymioty co jeszcze bardziej pogłębia obrzydzenie w stosunku do jedzenia "spoza listy". Częstymi czynnikami dyskwalifikującymi dany produkt (wg niektórych badaczy częściej niż smak) są także jego konsystencja oraz tekstura. Konsekwencje SED to nie tylko fizyczne efekty niezbalansowanej diety. To także problemy psychologiczne i społeczne. Posiłkom towarzyszy napięcie, osoby dorosłe cierpiące na to zaburzenie unikają jedzenia w towarzystwie, a często także wszelkich spotkań z innymi ludźmi, które mogłyby wymagać od nich ujawnienia swojego problemu. SED wykazuje podobieństwa do zaburzeń obsesyjno-kompulsywnych i w podobny sposób jest leczone.
Nietypowe zaburzenia odżywiania Te dwa zaburzenia od innych bardziej typowych ED wyróżnia brak zaabsorbowania własnym ciałem - w niejedzeniu w przypadku FAED czy ograniczaniu rodzajów jedzonych pokarmów w przypadku SED nie chodzi o to, aby schudnąć, nie chodzi o to, aby podobać się innym. Uważa się, że zazwyczaj osoby mające te zaburzenia są zbyt młode, aby dotyczyły ich problemy akceptacji i cielesności. Trzeba jednak podkreślić, że zaburzenia te, zwłaszcza SED, dotyczą także osób dorosłych. W Internecie funkcjonuje wiele grup wsparcia dla osób dorosłych z tym problemem. Zainteresowanym polecam Google oraz słowo kluczowe "fussy eaters" lub "picky eaters". Po co piszę o tym wszystkim? Na pewno nie dlatego, aby każda zaniepokojona mama podejrzewała u swojego niejadka problemy psychiczne. Wydaje mi się, że jednak warto zdawać sobie sprawę, że tego typu problemy mogą mieć podłoże psychiczne, które warto wziąć pod uwagę przy ewentualnym poszukiwaniu sposobów na nie.
Linki:
wtorek, 20 lipca 2010
Od wczoraj na stronie głównej Gazety świecił ciekawy wątek z forum. Przejrzałam go pobieżnie i automatycznie przypomniało mi się inne cudo z tego samego forum. Stąd dzisiejszy temat. Dbanie o siebie = regularne i częste wizyty u kosmetyczki, fryzjera, w spa itd. itp.? Dbanie o siebie = dieta, unikanie za wszelką cenę wszystkiego co może źle wpłynąć na ciało np. alkoholu w każdej postaci? Dbanie o siebie = "robienie sobie dobrze" na wszelkie możliwe sposoby? Dbanie o siebie = życie w zgodzie ze sobą, poznawanie i rozwijanie siebie? Dbanie o siebie = czystość i schludność? ... Zastanawiam się co to znaczy "dbać o siebie", nie istnieje przecież ścisła definicja tego pojęcia. Choć z drugiej strony - nawet te osoby, które realizują "dbanie o siebie" na swój własny unikalny sposób, intuicyjnie wiedzą co oznacza stereotyp "osoby zadbanej" upowszechniany np. w mediach. Czasem mam wrażenie, że "kobieta zadbana" staje się synonimem "kobiety kobiecej" i rzadko uwzględnia coś więcej niż tylko to, co widać gołym okiem. Kobiety, które mniej dbają o typowe dla takiej płyciutkiej kobiecości kwestie jak wydepilowane okolice bikini, dieta-cud czy leciutki makijażyk, są często postrzegane jako babochłopy, osoby leniwe, nieciekawe. Moim zdaniem definiowanie kogoś tylko poprzez jego wygląd świadczy o ograniczeniu umysłowym danej osoby. To działa oczywiście w każdą stronę - osoba spełniająca wszystkie kryteria "zadbania" może mieć IQ Einsteina i wiele do powiedzenia na najróżniejsze tematy. Tak samo jak osoba, która "zadbana" nie jest. Są kobiety, dla których dobrego samopoczucia niezbędne są regularne i częste wizyty u kosmetyczki czy fryzjera. Są kobiety, dla których najlepszym relaksem jest wypad po nowe ciuchy. Są także kobiety, które źle czułyby się w swoim ciele, gdyby "dbały" o nie w taki sposób, które dobrze i pewnie czują się z owłosionymi nogami, dla których depilacja czy golenie to procedury nienaturalne i niepotrzebne. Dla jednej osoby cellulit oznacza życiową porażkę, dla innej - cellulit to tylko nieistotny drobiazg, a są też takie osoby, które w ogóle nie wierzą w jego istnienie. Tak samo jest z owłosionymi pachami i nogami. Tak samo jest z 2-3 kg ponad limit. Część motylków uważa pro ana za nic więcej tylko właśnie "dbanie o siebie". To ograniczony punkt widzenia, bo dbać o siebie można w więcej niż jednym wymiarze. I nawet jeżeli uznamy, że pro ana jest formą dbania o ciało (choć dość często kiepsko to wychodzi), to z kolei nie ma nic wspólnego z dbaniem o siebie np. w kontekście psychiki. Bo czy "dbaniem o siebie" można nazwać wieczne niezadowolenie ze swojego ciała? Obrzucanie się epitetami typu "spasiona świnia"? Moim zdaniem nie. Jak chyba w każdym przypadku źródłem problemów są obsesje i przegięcia, o które w "dbaniu o siebie" dość łatwo. Jeżeli potrzeba "dbania o siebie" nie pozwala na spontaniczne wyjścia "bo przecież nie wyjdę do ludzi nieumalowana, niewydepilowana czy nieodchudzona", to coś jest mocno nie tak i nawet jeżeli taka osoba dba o swoje ciało, to dzieje się to kosztem głowy. W tym miejscu nie sposób nie wspomnieć o problemie posiadania potomstwa - nie twierdzę, że urodzenie dziecka oznacza automatyczne i nieustające szczęście i satysfakcję, w końcu nie każda kobieta spełnia się w roli matki. Czy argument "nie chcę mieć dzieci, bo nie chcę rozstępów, obwisłych piersi itp." świadczy o tym, że dana osoba jest płytka czy raczej o tym, że jest na najlepszej drodze do obsesji na punkcie "zadbanego wyglądu"? Bo o ile można uniknąć prokreacji, to starzenia się już nie. W pewnym momencie balsamy, kremy i masaże przestaną wystarczać. Pozostaną cuda chirurgii plastycznej. Ktoś poprzestanie na jednym prostym zabiegu, ktoś inny poprawiając swoją urodę upodobni sie to plastikowego manekina. W którym momencie dbanie o siebie jest tylko dbaniem o siebie, a w którym staje się zaburzeniem?
niedziela, 18 lipca 2010
Od kilku dni w mediach głośno o EuroPride, z tej okazji przypomniała mi się wypowiedź, którą znalazłam kiedyś na jednym z amerykańskich blogów pro ana. Jego autorka snuła marzenia o paradzie, której tematem przewodnim nie byłyby orientacje seksualne, ale zaburzenia odżywiania. Zamiast gejów, lesbijek, osób transgenderycznych itd., manifę tworzyłyby anorektyczki, bulimiczki, i inne osoby dumne z tego, że mają ED. Swego czasu podobną rolę przypisywano symbolom pro ana i pro mia - czerwonym i fioletowym bransoletkom (tak, wiem, że oznaczają one także milion innych rzeczy), które miały stanowić nie tyle znak rozpoznawczy "dla wtajemniczonych", tak jak jest to obecnie, ale symbol dumy z tego, że dana osoba ma ED, oraz oczekiwanie, że inni zaakceptują jej wybór. Padały też sugestie, aby używać tych symboli na znak solidarności z osobami mającymi ED - na takiej samej zasadzie jak funkcjonują różowe kokardki (symbol walki z rakiem). Z jedną różnicą - nie chodziło o solidarność i wspieranie zmagań z zaburzeniami odzywiania, ale życia z nimi. W dyskusji na temat pro ana i zaburzeń odżywiania dość często pojawia się argument, że jeszcze kilkanaście lat temu homoseksualizm był uważany za zaburzenie, a obecnie środowiska medyczne definiują go jako formę seksualności. Osoby, które uważają ED za styl życia sądzą, że pewnego dnia ludzie dojrzeją do tego, aby również anoreksję i bulimię potraktować w ten sposób. Koniec ze zmuszaniem do leczenia, akceptacja tzw. świadomego wyboru anoreksji, tolerancja dla odchudzania bez ograniczeń. Osoby, które wierzą, że pewnego dnia ktoś zorganizuje manifę motylków muszę jednak rozczarować. W tej chwili w świecie medycyny i psychologii dominuje trend, wg którego zaburzenia odżywiania są efektem przede wszystkim biologii człowieka. Odnosząc się do homoseksualizmu - tam zawsze istniały głosy wątpliwości dot. natury tej orientacji seksualnej. W przypadku zaburzeń odżywiania takich głosów nie ma. Podkreślam, że chodzi o głosy ze strony osób zajmujących się tym tematem profesjonalnie. Nie istnieje również żadna organizacja, która walczyłaby o tolerancję dla motylków, poza pro ana, która z definicji jest bardzo niezorganizowana. Zastanawia mnie także jak na paradę motylków zareagowałyby te osoby pro ana, które gorąco optują za zachowaniem jej w tajemnicy. To prawda, że wiele z nich robi to głównie ze względów bezpieczeństwa. Internet pełen jest trolli i innych sfrustrowanych osobników. A jednak są też osoby, dla których tajemniczość i konspiracyjność pro ana stanowią nieodzowny element jej romantycznego mitu. Takie osoby raczej nie zechcą pójść na manifę, bo wtedy pro ana straciłaby dla nich cały swój urok. Kto poszedłby na paradę motylków? Czy zgromadziłaby ona równie dużą grupę przeciwników co EuroPride? Czy w ogóle wyobrażacie sobie taką manifę?
wtorek, 13 lipca 2010
Od razu wyjaśniam skąd taki temat - motyw perfekcjonizmu pojawia się zarówno w temacie zaburzeń odzywiania, jak i pro ana. W pierwszym przypadku - naukowcy próbują określić czy jest skutkiem czy przyczyną. W drugim - staje się usprawiedliwieniem albo celem. Dlatego uważam, że warto przyjrzeć się perfekcjonizmowi - skąd się bierze? czy można go u siebie "wyhodować"? jakie są jego powiązania z zaburzeniami odżywiania? i wreszcie - czy jest wadą, czy zaletą?
Wiele twarzy perfekcjonizmu Niektórym osobom wydaje się, że perfekcjonizm to pożądana cecha osobowości. Jest kojarzona z pracowitością, skrupulatnością i sukcesami. Tymczasem badania prowadzone przyz psychiatrów i psychologów pokazują, że perfekcjonizm ma wiele twarzy. Najprościej ujmując perfekcjonizm można przedstawić w dwóch postaciach:
Pomiędzy tymi dwiema postawami istnieje oczywiście cały szereg "odcieni szarości". Niektórzy badacze uważają, że coś takiego jak "pozytywny perfekcjonizm" nie istnieje, ponieważ w określonych sytuacjach perfekcjonizm może pokazać sie w najbardziej destrukcyjnej formie, nawet jeżeli na co dzień pozwala osiągać sukcesy. Z perefekcjonizmem wiąże się wiele paradoksów. Na przykład dążenie do perfekcji czy ideału, podczas gdy z definicji perfekcja i ideał nie istnieją. Umiejętność racjonalnej oceny co jest osiągalne decyduje o tym, czy u danej osoby perfekcjonizm jest siłą napędową, czy destrukcyjną. Ile to kosztuje? Perfekcjonizm jest łączony ze zwiększonym odczuwaniem stresu oraz lęków, co nie pozostaje obojętne dla zdrowia, nie tylko psychicznego, ale także fizycznego. Np. badania wykazują, że ryzyko przedwczesnego zgonu u osób z cechami perfekcjonizmu jest większe o około 50% niż u osób, które tych cech nie posiadają. Są też sytuacje gdy perfekcjonizm na stan zdrowia wpływa pozytywnie - np. w przypadku cukrzycy przestrzeganie diety oraz dozowanie insuliny wymagają skrupulatności typowej dla perfekcjonizmu. Określa się trzy podstawowe wymiary perfekcjonizmu:
Możliwe są różne kombinacje tych wymiarów, i to m.in. one decydują o tym, czy perfekcjonizm dla zdrowia danej osoby jest czynnikiem pozytywnym czy negatywnym. Osoby, których perfekcjonizm jest zorientowany na siebie zazwyczaj lepiej dbają o siebie. Tymczasem osoby, u których dominuje składowa społeczna, mają tendencję do odrzucania pomocy i wsparcia bliskich i specjalistów, ponieważ korzystanie z takiej pomocy oznacza przyznanie się do własnych słabości.
Jak perfekcjonizm łączy się z zaburzeniami odżywiania? Spośród różnych form perfekcjonizmu tylko z ED łączone są dwa - negatywna reakcja na niepowodzenia, oraz odbieranie niepowodzeń jako osobistych porażek. Inne formy łączone są także z innymi zaburzeniami psychicznymi. Na przykład poddawanie w wątpliwość podjętych działań pojawia się zarówno w ED, jak i w przypadku zaburzeń lękowych. Inne zaburzenia psychiczne, które są łączone z perfekcjonizmem to depresja, nadużywanie substancji psychoaktywnych, samookaleczanie, zaburzenia obsesyjno-kompulsywne (tzw. nerwica natręctw).
Czy można wyhodować u siebie perfekcjonizm? Zdaniem naukowców perfekcjonizm rozwija się pod wpływem trzech czynników:
Wiele osób należących do pro ana uważa, że pro ana jest nie tylko drogą do osiągnięcia idealnego chudego ciała, ale także do perfekcji w każdej innej dziedzinie życia. Kojarzenie anoreksji z perfekcjonizmem stanowi powód, dla którego wiele motylków wierzy, że dzięki praktykowaniu anorektycznych zachowań osiągną tą mityczną anorektyczną perfekcję. Tymczasem badania wykazują, że w znakomitej większości przypadków cechy perfekcjonizmu były pierwotne do anoreksji. Do tego cechy te należą raczej do negatywnych aspektów perfekcjonizmu - tak jak nadmierna krytyka wobec siebie, czy zwiększona potrzeba akceptacji ze strony otoczenia. Perfekcja w kontekście zaburzeń odżywiania nie polega na osiąganiu sukcesów we wszystkich dziedzinach życia, ale raczej na ciągłym wątpieniu w swoje wyniki, stawianiu poprzeczki wyżej i wyżej, aż w końcu osiąga ona pułap, którego osiągnąć się po prostu nie da.
Linki: The Dark Side of Perfectionism Revealed (LiveScience)
piątek, 09 lipca 2010
Zgodnie z zapowiedzią postaram się dzisiaj odpowiedzieć na pytanie - jaki wpływ ma czytanie blogów pro ana na osoby, które je czytają, ale nie z myślą o odchudzaniu. Chcę zaznaczyć, że z premedytacją pomijam oddziaływanie treści pro ana na osoby poszukujące informacji dotyczących odchudzania. Zakładam, że jeżeli ktoś szuka stron pro ana, po to, aby zyskać wiedzę dot. "szybkigo schudnięcia", to jest ekstra-podatny na tego typu treści. Zatem przyjrzenie się temu, jak na pro ana reagują osoby zainteresowane pro ana z innych powodów (ciekawość, szukanie materiału badawczego, kwestie zawodowe, itd. itp.), może dać bardziej obiektywną odpowiedź na pytanie - czy motylki promują anoreksję? Zanim przedstawię moje osoboste doświadczenia w tej kwestii, pozwolę sobie na przytoczenie kilku cytatów. Jak wiadomo temat pro ana pojawia się na różnych forach internetowych i portalach, ciekawe opinie można także znaleźć w komentarzach pod artykułami dot. motylków. Były także przeprowadzane badania nad wpływem takich stron w warunkach kontrolowanych (przedstawię je przy innej okazji).
Zatem jak pro ana postrzegają "inni"?
Indoktrynacja, inspiracja i fascynacja
To tylko przykładowe wypowiedzi przypadkowych osób. Tak jak wspomniałam, pominęłam komentarze, które można np. znaleźć na Vitalii czy innych portalach poświęconych odchudzaniu. Okiem badacza Już kiedyś wspomniałam, że obserwowałam dyskusję grupy studentów realizujących projekt dot. anoreksji. Blogi pro ana były dla nich materiałem badawczym, z opisu wynika, że każda grupa śledziła kilka z nich przez kilka miesięcy. Oto kilka wypowiedzi z tej dyskusji (całość tutaj):
Myślę, że warto podkreślić to, że odczucia wobec pro ana nie są tak bardzo jednokierunkowe, jak się niektórym motylkom wydaje. Nie rozwijam tego tematu tutaj i teraz, dodam tylko, że w "tym szalenstwie jest metoda". Odporność na pro ana Warto podkreślić, że opinie na temat pro ana dość silnie zależą od tego, czy są one poparte efektem odkrycia problemu, czy też są efektem dłuższego śledzenia tematyki. Pierwsze opinie mają zazwyczaj dość gwałtowny charakter - oburzenie, obrzydzenie, nagłe zastanawianie się nad własnym wyglądem i sposobem odżywiania. Czas pozwala nabrać dystansu, wtedy reakcje stają się mniej emocjonalne. Dostrzega się także nowe szczegóły. Sama jestem tego najlepszym przykładem. Moja pierwsza reakcja na strony pro ana to było święte oburzenie - głupota, idiotyzm, koszmar. Kolejnym efektem, który zauważyłam u siebie, było pojawienie się myśli związanych z odchudzaniem. Łapałam się na tym, że zaczęło zastanawiać mnie ile kalorii zjadłam w czasie posiłku. W różnych przypadkowych momentach do mojej głowy wpadały pomysły, aby zacząć się odchudzać. Szybko mi przeszło, bo z definicji nie wierzę w skuteczność żadnej diety, jem adekwatnie do swoich potrzeb, a do wszelkich mankamentów mojego wyglądu zdążyłam już dawno się przyzwyczaić (np. ogromniaste stopy), a niektóre nawet polubić (np. moje włosy z ich tendencją to "kudłatości" ;-). Przeszłam także etap intensywnego i podejrzliwego przyglądania się młodym dziewczynom na ulicy. To był chyba najgorszy etap, bo nie lubię oceniać ludzi po wyglądzie i staram się tego nie robić. Zatem upatrywanie motylka w każdej szczupłej dziewczynie i zastanawianie się czy każda z nich gardzi mną, bo nie wierzę w ideały pro ana, zdecydowanie mi nie odpowiadało. W pewnym momencie zauważyłam, że blogów pro ana naczytałam się tyle, że przestały mnie wzruszać. Nie znaczy to, że są mi obojętne, ale moje odczucia nie sprowadzają się tylko do oburzenia czy litości. Dlatego myślę, że ważne jest podkreślanie, że pro ana to nie tylko anorektyczki, nie tylko głupiutkie nastolatki opętane manią odchudzania itd. Uodporniłam się na indoktrynację pro ana, ale także na stereotypy dotyczące pro ana i zaburzeń odżywiania. Ewolucję mojego sposobu postrzegania pro ana można zauważyć na blogu. Patrząc z obecnej perspektywy wiele moich pierwszych wpisów było naiwnych, miało ograniczone i stereotypowe podejście. Z jednej strony trochę mi wstyd, z drugiej nie chcę ich usuwać, bo pokazują jaką drogę przeszłam. Także nie pozwalają popaść w samozadowolenie z powodu własnej wiedzy, błyskotliwości i obiektywizmu. To taka lekcja pokory. I na koniec dodam jeszcze jedną myśl - sądzę, że podatność na treści pro ana jest cechą bardzo indywidualną. Pamiętając wpływ takich stron na moje myślenie o sobie i o tym co jem, mogę sobie tylko wyobrazić, jakie efekty może przynieść pro ana, gdy trafi na bardziej podatny grunt. Sposób w jaki pro ana oddziałuje na umysł człowieka jest dość specyficzny. Nie do każdego przemawia pseudo-religijny wydźwięk niektórych stron. Nie do każdego trafiają treści bardziej ukierunkowane w stronę "dbania o siebie" - moda, kosmetyki, zdrowy tryb życia itp. Nie każdy ma zadatki na Wertera, więc nie poruszają go poetyckie opisy cierpienia związanego z ED. Nie każdy ceni sobie tajemnice i życie w konspiracji. Kiedyś na jednym z blogów pro ana autorka stwierdziła, że pro ana nie można się zarazić, że pro ana tylko "wyzwala ukryty potencjał ED". Coś w tym jest.
środa, 07 lipca 2010
Tegoroczny sezon ogórkowy postanowiłam zacząć tą notką, w której postaram się odpowiedzieć na pytania, które dość często otrzymuję. Skąd biorę tematy na notki? Skąd biorę cytaty? W jaki sposób radzę sobie z czytaniem tylu blogów na raz? Itd.
Czytać, czytać i jeszcze raz czytać Aktualnie na mojej liście blogów pro ana, które obserwuję znajduje się 415 aktywnych blogów. Czytanie ich wszystkich na bieżąco nie zajmuje dużo czasu - większość wpisów jest dość krótka, poza tym prowadzę selekcję (o czym za chwilę). Aby ułatwić sobie śledzenie tych wszystkich blogów wykorzystuję genialny wynalazek jakim są kanały RSS. Korzystam z programu FeedDemon, który można zsynchronizować z czytnikiem Google. Dzięki temu mogę trzymać ręke na pulsie nawet, jeżeli nie mam pod ręką własnego komputera. Oprócz blogów pro ana obserwuję także inne strony internetowe - blogi dot. zaburzeń odżywiania, portale poświęcone zagadnienim psychologii, psychiatrii, postrzeganiu własnego ciała itp.
Selekcja Blogów pro ana w polskiej sieci jest zbyt dużo, aby móc czytać wszystkie. Stąd selekcja obserwowanych blogów. Zwykle linki do nowych blogów znajduję na innych blogach pro ana (tzw. efekt kuli śnieżnej). Każdy nowy link dodaję do "poczekalni", a po przeczytaniu kilku notek decyduję czy dany blog jest na tyle interesujący, aby przenieść go do głównej puli, czy też zrezygnować z czytania go. Co powoduje, że jakiś blog jest dla mnie interesujący? Zawiera coś więcej niż informacje "zjadłam xxx kcal, poszłam na basen i poszłam spać". Nie jest do bólu przewidywalny. Czytanie go nie usypia mnie. Ponieważ motylki lubią zmieniać adresy swoich blogów, a także znikać bez wieści od czasu do czasu niezbędny jest remanent i usunięcie wszystkich nieaktywnych RSSów.
Niewyczerpane źródło złotych myśli Śledzenie ponad 400 blogów skutkuje mniej więcej 50 notkami do przeczytania dziennie. Z czego mniej więcej 2-4 zawierają interesujące wypowiedzi. Ze względu na to, że blogi pro ana mają tendencje do niespodziewanego znikania z sieci, nie wystarczy tylko otagować ciekawą wypowiedź, czy do dodać ją do linków. Dlatego korzystam z "wirtualnego drukowania" - dzięki programowi novaPDF interesujące mnie strony zapisuję w postaci plików PDF. Moja kolekcja "złotych myśli" pro ana liczy obecnie 496 cytatów (liczę tylko te, które nie pojawiły sie jeszcze na moim blogu). Aby nie pogubić się w nich, mam kilkadziesiąt katalogów, w których grupuję cytaty tematycznie. Mam więc katalogi zatytułowane "rodzina i rodzice", "napisz do Kasi", "ideologia", "plany", "pożegnania", "psycholog i psychiatra", "OMFG" (tu zapisuję najbardziej kuriozalne cytaty, takie jak np. Perełki) itd.
Jak szukać materiałów Regularnie otrzymuję maile od osób, które piszą prace magisterskie dot. zaburzeń odżywiania i pro ana, które pytają gdzie znalazłam daną informację, lub na podstawie jakich materiałów powstała dana notka. Dlatego od jakiegoś czasu staram się takie informacje umieszczać przy każdym wpisie. Część z tych artykułów jest dostępna w sieci. Te, które wymagają płatnego dostępu można uzyskać na kilka sposobów. Po pierwsze można poprosić o kopię autora danej publikacji (szansa, że otrzyma się odpowiedź nie jest duża, ale zawsze warto spróbować). Po drugie istnieją bazy materiałów dedykowane studentom, które zawierają np. prace magisterskie lub referaty konferencyjne z interesującymi tematami. I po trzecie - w tym miejscu chciałabym bardzo serdecznie podziękować wszystkim, którzy poświęcili swój czas i energię, aby znaleźć i przysłać mi artykuły, które w inny sposób są dla mnie niedostępne :-) Pomocne są także wynalazki typu Free dl lub Google Books. Niektóre wydawnictwa zezwalają na nieodpłatne czytanie fragmentów książek w Internecie w celach promocyjnych. Czasem okazuje się, że akurat interesujący mnie rozdział jest dostępny w sieci, więc nie muszę stawać na rzęsach i nadwyrężać portfela, aby dobrać się do interesujących mnie treści.
Dlaczego nowe notki nie pojawiają się częściej W zasadzie tutaj powinna wystarczyć odpowiedź - bo oprócz tego bloga mam normalne życie, normalne zajęcia tak jak każdy inny człowiek. Do tego dochodzi jeszcze jeden powód - nie mam w zwyczaju pisania pod wpływem chwili. Zasadniczo działa to w ten sposób - czytając blogi, artykuły czy rozmawiając z ludźmi związanymi z tematem pojawia się pomysł na temat. Dopisuję go do listy tematów (w tej chwili liczy coś około 30 punktów). Jeżeli temat bardzo mi się podoba, to poświęcam ekstra czas i robię research, czyli w ruch idzie Google i odpowiednie słowa kluczowe - po polsku i angielsku. Jeżeli temat wydaje mi się nieco ciężkostrawny - odkładam go na półkę i przy okazji jak znajdę coś w temacie, to dodaję to do materiałów na dany temat. I tak temat sobie leży dopóki nie uznam, że jestem w stanie sformułować notkę.
Nad czym obecnie pracuję W zasadzie nie lubię ujawniać takich rzeczy, bo znacznie lepiej myśli mi sie bez takich zobowiązań. W tej chwili trzy główne tematy, nad którymi myślę najbardziej intensywnie to:
Dlaczego jestem odporna na pro ana Biorąc pod uwagę to, że czytuję więcej blogów pro ana niż większość motylków, a nawet zaryzykuję nieskromne stwierdzenie, że w tej dziedzinie jestem nie do pobicia (;-P), takie pytanie jest bardzo trafne. Jaki wpływ wywiera czytanie blogów pro ana na kogoś, kto interesuje się nimi z powodów, nazwijmy to roboczo, "nie-motylkowych"? O tym będzie następna notka :-)
poniedziałek, 05 lipca 2010
Niektórym osobom wydaje się, że zaburzenia odżywiania, pro ana, motylki oznaczają myślenie wyłącznie o sobie. Oczywiście nie jest to takie proste, bo chyba nie sposób jest poświęcać całą uwagę sobie - np. poprzez używanie innych ludzi jako odniesienia w postreganiu i ocenie swojej osoby. Przyglądając się dyskusjom towarzyszącym artykułom na temat pro ana i ED obecnym w sieci, zauważyłam, że jednym z najczęściej powtarzanych argumentów przeciwko pro ana oraz zaburzeniom odżywiania jest kwestia posiadania potomstwa. "Nigdy nie będziecie mogły mieć dzieci" - to zdanie jest używane we wszelkich możliwych formach i odmianach. Stąd pytanie - czy osoby praktykujące pro ana zastanawiają się nad posiadaniem potomstwa? Jak wyobrażają sobie macierzyństwo i własną rodzinę (z premedytacją pomijam kwestię ojcostwa, ponieważ jeszcze nie udało mi się trafić na motylka płci męskiej)?. Ponieważ zwolenniczki pro ana reprezuntują różne grupy wiekowe i różny poziom dojrzałości (mam tu na myśl bardziej kwestię psychiki niż fizyczny aspekt dojrzałości) sposób postrzegania macierzyństwa wśród motylków bywa bardzo różny. Wyróżniłabym pewne uniwersalne etapy (wraz z ilustrującymi je cytatami): Etap 1 pt. "mnie to nie dotyczy"
Etap 2 pt. "wątpliwości"
Etap 3 pt. "wyobrażenia"
Etap 4 pt. "plany"
Etap 5 pt. "realizacja"
O tym, jak silny jest imperatyw rozmnażania świadczy to, że chęć urodzenia zdrowego dziecka często bywa dość silną motywacją w zrezygnowaniu z pro ana czy podjęciu leczenia ED. Trzeba zaznaczyć, że zwykle towarzyszy temu dodatkowa motywacja w postaci kochającego przyszłego ojca dziecka. Nie znaczy to jednak, że gdy dziecko przyjdzie na świat młode mamy zapominają o swoich pragnieniach i chudych ideałach. Potrzeba bycia "idealnie chudym" często tkwi w nich tak mocno, że wracają do pro ana po wskazówki i wsparcie. Bo motylki to nie tylko niedojrzałe nastolatki i młode dziewczyny, ale są wśród nich także kobiety, które podjęły decyzje lokujące je w świecie dorosłych - małżeństwo i macierzyństwo. Czy da się pogodzić bycie pro ana i bycie matką? Okazuje się, że tak. Na siłowni zawsze można wybrać te zajęcia, w czasie których dzieci ćwiczą razem z mamami. Własną dietę i przygotowywanie posiłków dla rodziny przy skrupulatnym planowaniu zawsze można pogodzić. Planowane napady i towarzyszące im zabiegi przeczyszczające zawsze można przełożyć na "kiedy dziecko pójdzie spać". Kiedyś na jednym z blogów pro ana trafiłam na zdjęcie - typowe motylkowe zdjęcie, na którym młoda kobieta fotografowała się przed lustrem, aby pochwalić się zgubionymi kilogramami. Nietypowy był widok raczkującego w tle malucha. Przypomniał mi się także jeden z odcinków programu Interwencja, którego bohaterką była chorująca na anoreksję samotna mama 6-letniej dziewczynki. W odcinku tym była pokazana scena, w której dziewczynka odmawia zjedzenia posiłku "bo mama też nie je". W tym kontekście typowe dla pro ana zdanie "to co robię ze swoim ciałem to moja sprawa" nabiera nowego znaczenia. Nawet wtedy, gdy macierzyństwo nie oznacza calkowitego i bezmyślnego poświęcenia matki dla dziecka, to gdy towarzyszy temu brak odpowiedzialności za dziecko - to jest już patologia.
czwartek, 01 lipca 2010
W komentarzach pod poprzednią notką, ale nie tylko, pojawiły się opinie, że za bardzo generalizuję. Tak jak już wspominałam - nie jest łatwe pisanie o pro ana w taki sposób, aby zbytnio nie uogólniać. Dzisiejsza notka dotyczy pewnej części pro ana, która w moim odczuciu przynosi najwięcej mieszanych uczuć, a której istnienie jest bardzo często w opisie pro ana po prostu pomijane. Gdy przejrzycie sobie artykuły prasowe dotyczące pro ana, to przeważnie (nawet mam wielką ochotę zaryzykować stwierdzenie, że wszystkie) pokazują one pro ana jako jedność. Np. "sekta anorektyczek" - to określenie, które padło w Newsweeku. W innych, wybaczcie, że nie pamiętam tytułów - "głodujące dla szczupłej figury nastolatki" czy "królowe odchudzania". Obraz pro ana jaki wyłania się z tych tekstów to z jednej strony piekło zaburzeń odżywiania, z drugiej - niebiańskie wizje szczęśliwości, w które wierzą motylki. I praktycznie nigdy nie wspomina się o osobach, które identyfikują się z pro ana, bo potrzebują swojego miejsca chyba jak nikt inny, i nie widzą przed sobą żadnej innej możliwości, tylko pro ana. Przy poprzednim wpisie hoisi napisała w komentarzu:
Taka postawa nie jest w pro ana rzadkością. Dlaczego pomija się ją milczeniem? Nie ma w tym sensacji, jest stosunkowo niewiele soczystych opisów tak chętnie cytowanych przy okazji pisania o pro ana. Jest za to bardzo dużo bezsilności i braku nadziei. Osoby, które prezentują taką postawą często zawiodły się na ludziach, którzy profesjonalnie zajmują się niesieniem pomocy osobom z zab. odżywiania. Mogą być postrzegane jako porażka współczesnej nauki. Nie ukrywam, że moja postawa wobec pro ana jest zdecydowanie anty, i w sumie niewiele do tej pory wspominałam o tej grupie. Nie dlatego, że nie dostrzegam jej istnienia. Jest to taka sytuacja, w której bardziej niż zwykle chciałoby się napisać coś mądrego i odkrywczego, ale po prostu brakuje słów. Zwykle nie mam problemów z uogólnianiem, a ta grupa osób związanych z pro ana jest zdecydowanie najtrudniejsza do opisania. Przede wszystkim najwięcej tutaj odcieni szarości, najbardziej zaznacza się indywidualność przeżyć każdej osoby. Jak już wspominałam najlepiej czuję się ujmując zagadnienia w punkty, dlatego w tym miejscu pozwolę sobie na ten mały komfort, który ułatwi mi "poukładanie myśli" i zaoszczędzi zbędnych ozdobników.
Gdyby ktoś zadał mi pytanie czy w istnieniu pro ana dostrzegam jakiś sens, to właśnie to, co opisałam jako 'pro ED' byłby chyba moją odpowiedzią. Chcę wyraźnie zaznaczyć - nie oznacza to, że przez to akceptuję pro ana. Można zadać pytania - po ilu nieudanych próbach leczenia pogodzenie się z tym, że czyjeś życie jest nierozerwalnie związane z ED i zaniechanie dalszego szukania pomocy uzasadnia funkcjonowanie w pro ana? Kiedy można powiedzieć, że ktoś wykorzystał wszystkie możliwości szukania pomocy, a ktoś inny tylko szuka usprawiedliwienia dla dalszego chorowania? Uważam, że identyfikowanie się z jakąkolwiek opcją 'pro' niesie ze sobą niebezpieczeństwo. Bo nawet wtedy, gdy ktoś jest przekonany, że wyczerpał swoje możliwości leczenia, nie może mieć pewności czy rzeczywiście jego sytuacja była/jest taka beznadziejna, a wybranie 'pro ED' jeszcze bardziej takiej osoby nie pogrąża. Bo jeżeli weźmiemy pod uwagę, że niechęć do leczenia jest elementem wpisanym w zaburzenia odżywiania, to różnica pomiędzy 'pro ED' a pro ana jeszcze bardziej się zaciera. Problemu skuteczności, a w świetle istnienia postawy 'pro ED' - sensu leczenia zaburzeń odżywiania, nie podejmuję w tym miejscu, bo nie chcę wydłużać tego wpisu. Pozwólcie, że zachowam to na inną okazję.
poniedziałek, 28 czerwca 2010
Po raz kolejny thinsoul swoim komentarzem dostarczyła mi tematu na notkę (za co dziękuję):
Są dwa problemy - jak rozróżnić pro ana i anoreksję oraz dlaczego takie rozróżnienie jest ważne. Postaram się także odnieść do innych kwestii poruszonych przez thinsoul. 1) Kryteria diagnostyczne. Już kilka razy wspominałam, że obowiązujące kryteria diagnostyczne nie są doskonałe. Moim zdaniem ich największą słabością jest kryterium BMI. Tzn. wg medycznych standardów, aby zdiagnozować anoreksję pacjent musi mieć niedowagę. Tu pojawia się problem poruszony przez thinsoul - anoreksja nie bierze się z powietrza, człowiek nie chudnie poniżej 85% swojej idealnej z punktu medycznego wagi z dnia na dzień. Zanim pojawią się oznaki zewnętrzne anoreksji, zachodzą zmiany w psychice. Zatem jak traktować kogoś, kto myśli, zachowuje się i doświadcza emocji typowych dla anoreksji, a ma wagę w granicach normy? Medyczne klasyfikacje takie przypadki zaliczają do anoreksji atypowej, ew. EDNOS. 2) Uniwersum ED. Słabością pro ana jest to, że wśród różnych typów zaburzeń odżywiania faworyzuje anoreksję. Opisy zawarte na blogach motylków pozwalają odnaleźć wszelkie formy ED - anoreksję, bulimię, ortoreksję, i inne, nawet nieopisane typy (czyli EDNOS). Gdyby to, co jest rozumiane pod pojęciem pro ana, było nazywane pro ED, byłoby to bardziej precyzyjne ujęcie rzeczywistości. Tymczasem pojęcie pro ana wprowadza w błąd te wszystkie osoby, które wierzą, że pro ana jest drogą do anoreksji, a tym samym utopijnych ideałów perfekcji, chudości itd. Bo decyzja o realizowaniu stylu życia pro ana to trochę jak loteria - może prowadzić do anoreksji, ale dużo częściej prowadzi do bulimii. Są też takie przypadki, gdy prowadzi absolutnie do nikąd. 3) Poza społecznością pro ana. Myślę, że najważniejszy powód, dla którego pro ana nie powinna być utożsamiana z anoreksją, to te wszystkie osoby, które chorują na anoreksję i inne zab. odżywiania, i które każdego dnia walczą o to, aby wrócić do normalności. Dla takich osób motylki, które swoje marzenia koncentrują na "wyhodowaniu" czy "pielęgnacji" anoreksji, to czasem ciężki orzech do zgryzienia. Zwłaszcza "kandydatki na anorektyczki". Z jednej strony osoby, które chcą pozbyć się brzemienia choroby, z drugiej te, które o tym brzemieniu marzą. I to dość często w imię bardzo płytkich ideałów. Zaryzykuję stwierdzenie, że wiele stereotypów dotyczących zaburzeń odżywiania zawdzięczamy właśnie pro ana. Bo u przeciętnego człowieka, który przypadkiem trafi na blog motylka, który "modli sie do Any" i pragnie być obiektem zazdrości i podziwu (a takich jest najwięcej), pojawia się skojarzenie - anorektyczka to taka płytka i głupia dziewczyna. A potem ten stygmat znaczy nie tylko motylki, ale także te osoby, które przeklinają dzień, w którym zaczęła się ich droga z ED. 4) Społeczność pro ana. Tak jak już wspominałam nie jeden raz - jednym z najważniejszych czynników decydujących o popularności pro ana jest społeczność oferująca wsparcie, zrozumienie, akceptację i praktyczne porady dot. ekstremalnego odchudzania. Przeglądając blogi pro ana nie jest trudno trafić na dziewczyny, które swój cel wagowy określają w przedziale prawidłowych wartości BMI, które układając dietę zwracają uwagę na to, aby była różnorodna i zdrowa, które uważnie obserwują siebie, bo nie chcą mieć ani anoreksji, ani innego ED, i przy najmniejszym niepokojącym objawie modyfikują swój styl odchudzania się. A jednak wsparcia szukają nie np. na Vitalii, ale w pro ana. Nie tylko czerpią z pro ana, ale także dają coś od siebie - wspierają te osoby, które w odchudzaniu są gotowe posunąć się dużo dalej, aż do anoreksji włącznie.
I na koniec zarzut, że pro ana to dla mnie coś gorszego niż anoreksja. Szczerze? I jedno i drugie to dla mnie bagno. Nie wierzę w to, że anoreksja czy inne zab. odżywiania mogą dać komuś szczęście. Natomiast różnica polega na tym, że w stosunku do osób, które walczą o siebie, nie delektują się swoim cierpieniem, nie mitologizują choroby, nie dorabiają do niej ideologii, dużo łatwiej przychodzi mi empatia. Jestem absolutnie przeciwna obwinianiu kogoś za jego chorobę. Tylko co wtedy, gdy ktoś się o chorobę prosi? Gdy aktywnie ją u siebie rozwija? Gdy wspiera w tym inne osoby? Gdy lekceważy cierpienie innych? Jest mi to nie tylko ciężko zrozumieć, ale także trudno powstrzymać się od ironii i złośliwości. I w tym momencie nie chodzi już o granicę pomiędzy anoreksją i pro ana, ale o granicę pomiędzy nieszczęściem, a głupotą. Bo jeżeli w tym wszystkim coś jest godne pogardy i gorszego statusu, to głupota właśnie.
piątek, 25 czerwca 2010
Dzisiejsza notka została zainspirowana opisami, które dość często spotykam na blogach odchudzających się dziewczyn, mniej więcej takiej treści:
Na pewno większość z was słyszała o ciążowych zachciankach i nocnych wypadach do sklepu po śledzie, lody albo gofry z dżemem truskawkowym. Jedzeniowe zachcianki, które wśród motylków tak często kończą się napadami to zjawisko z jednej strony dość powszechne, z drugiej wciąż tajemnicze. Ponieważ nie do końca jest jasne czemu mają służyć i na jakiej zasadzie działają. Istnieje kilka teorii dotyczących zachcianek jedzeniowych. Zwolennicy teorii intuicyjnego jedzenia uważają, że jest to sposób, w jaki nasze ciało domaga się brakujących mu składników. Inni o nagłe i niemożliwe do odparcia pragnienie konkretnego jedzenia obwiniają hormony argumentując, że zachcianki to domena kobiet, a ich nasilanie się jest skoordynowane z cyklem menstruacyjnym, oraz z okresem największej burzy hormonalnej czyli ciąży. Ewolucjoniści wierzą, że zachcianki są pozostałością instynktu przetrwania naszych przodków, którzy utrzymywali się z łowiectwa i zbieractwa. Jeszcze inna teoria bazuje na funkcjonowaniu mechanizmów regulujących głód w połączeniu z ośrodkiem nagrody. Zachcianki jedzeniowe to nie to samo co głód czy apetyt (czyli sposób w jaki nasze ciało upomina się o jedzenie). I choć uczucie głodu potęguje pojawiającą się nagle nieodpartą chęć na konkretną potrawę, to zachcianki pojawiają się także, gdy głodu nie czujemy. Zdaniem naukowców podstawowa różnica pomiędzy głodem i zachciankami, to ich źródło. Głód jest sterowany potrzebami ciała, podczas gdy nagła chęć na czekoladę czy inne pyszności, pojawiająca się z nienacka w środku nocy, często odbierająca zdolność swobodnego myślenia i funkcjonowania, ma swoje źródło w głowie. Kilka ciekawych informacji na temat zachcianek:
Zasadnicze pytanie jest takie - jak oprzeć się zachciankom? Oczywiście sposobów jest wiele, mniej i bardziej skutecznych, ale najbardziej uniwersalna i skuteczna zasada jest jedna: ograniczać ryzyko, że zachcianka się pojawi. Czyli regularne i pełnowartościowe posiłki, odpowiednia ilość snu, umiejętność rozładowania stresu i napięcia, i problem zachcianek przestanie być zmorą spędzającą sen z powiek.
O zachciankach jedzeniowych przeczytałam w następujących artykułach: |
Archiwum
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Kontakt
Polecam
Ulubione blogi
![]() ![]() ![]() |