sobota, 21 listopada 2009

Temat ten pojawił się już wcześniej m.in. w tej notce.

Organiczne podejście do zaburzeń odżywiania można najprościej ująć jako traktowanie tych zaburzeń jako chorób ściśle biologicznych, koncentrowanie się na objawach choroby, nie na przyczynach, odrzucenie z kręgu przyczyn wpływów socjologicznych, kulturowych i psychologicznych. Żeby lepiej zilustrować na czym takie podejście polega, pozwolę sobie przybliżyc wypowiedź pochodzącą z bloga EDbites:

Anoreksja jest chorobą mózgu, a głodzenie się, przeczyszczanie, nadmiar ćwiczeń są tylko jej objawami. Te objawy nie były próbą wyrażenia siebie przez moją podświadomość - jedynym ich znaczeniem było to, że miałam zaburzenia odżywiania. Tylko ludzie mają potrzebę wyjaśniania różnych rzeczy.

(...)

Większość moich anorektycznych objawów było bez ukrytego znaczenia. Odnalezienie tego znaczenia nie przynosi poprawy. Może być pomocne psychicznie, ale w kontekście zdrowienia jest bezużyteczne.

(...)

Schizofrenia nie polega na tym, że ktoś umiera, aby słyszeć więcej głosów, depresja nie polega na umieraniu, aby być bardziej smutnym, cukrzyca nie polega na tym, że ktoś umiera, aby mieć więcej cukru we krwi. Osoba chora na anoreksję nie głodzi się dla perfekcji, ani nie umiera po to aby się dopasować. Takie osoby po prostu głodzą się i umierają. Im szybciej możemy pozbyć się tego fałszywego znaczenia, tym lepiej osoby potrzebujące pomocy będą mogły poddać się agresywnemu leczeniu i dożywianiu.

Laura Collins, autorka najpopularniejszego bloga i zwolenniczka podejścia organicznego napisała:

Zaburzenia odżywiania nie polegają na tym, że złe myślenie wymknęło się spod kontroli. Zaburzenia odżywiania to choroby mózgu wyzwalane przez procesy fizjologiczne takie jak np.: niedożywienie, stres, choroba, nadmiar ćwiczeń. (...) Najlpeiej zacząć od diagnozy opartej na zachowaniach i postawach, a także informacjach od rodziców. (...) Najlepiej zacząć od uregulowania jedzenia i związantych z nim zachowań.


Czytając bloga Laury Collins oraz inne wypowiedzi osób popierających podejście organiczne odczuwam niezwykle silny opór przed ich entuzjazmem. Przede wszystkim leczenie proponowane przez zwolenników Maudsley bardziej kojarzy mi się z tresurą, niż terapią. Oczywiście podejście Maudsley bazuje na postrzeganiu człowieka jako zwierzęcia, jednak moim zdaniem jest to błąd. Owszem - nie można ignorować genów, instynktu, ani zwierzęcej strony naszej natury. Jednak różnica między człowiekiem, a zwierzęciem jest na tyle duża, że zaniedbać jej nie wolno. Przede wszystkim porównywanie ludzi i zwierząt w kontekście zaburzeń odzywiania jest idiotyczne, bo zwierzęta zaburzeń odżywiania nie miewają.

Leczenie zaburzeń odżywiania, które koncentruje się na nauce jedzenia, radzenia sobie ze stresem i emocjami, jest leczeniem zachowawczym. Taka strategia sprawdza się w sytuacjach zagrożenia życia, gdy potrzebna jest szybka interwencja zanim będzie za późno. Pytanie - co dalej? - pozostaje już bez odpowiedzi.

Nawet jeżeli uznamy, że dużą część odpowiedzialności za zaburzenia odżywiania ponoszą geny, to szereg faktów każe pamietać o tym, że inne czynniki mogą być kluczowe dla powstania choroby. Dlaczego tak wiele rodzin osób chorych na anoreksję wykazuje podobne cechy? Dlaczego ilość zachorowań na anoreksję jest powiązana z zamożnością społeczeństwa?

Z jednej strony rozumiem determinację ludzi, którzy szukają pomocy dla swoich bliskich. Z drugiej - nie potrafię jednoznacznie odrzucić kulturowych i psychologicznych aspektów zaburzeń odżywiania. Osobiście uważam, że próbując zrozumieć czym one są, na czym polegają trzeba zachować tzw. otwarty umysł. Zamykanie się na jakąkolwiek opcję wnosi ryzyko, że jeden z elementów tej ukladanki po prostu nie da się odnaleźć.

wtorek, 17 listopada 2009

W jednym z ostatnich komentarzy peggy_brown napisała: 'dużo osób nadal chyba nie widzi różnicy między "anorektyczkami" i "motylkami"'. Rzeczywiście - dla wielu osób pro ana i anoreksja to jedno i to samo. Chciałabym spróbować zarysować granicę pomiędzy tymi dwoma pojęciami.

Kryteria diagnostyczne

Kryteria diagnostyczne zostały sformułowane na potrzeby medycyny - tak, aby w sposób jednoznaczny 'zdefiniować' poszczególne jednostki chorobowe. Kryteria diagnostyczne dla anoreksji można znaleźć np. tutaj. Jak widać kryteria te są niezwykle proste, a jednocześnie bezduszne. Wprawdzie zawierają punkty dotyczące postrzegania siebie czy lęku przed przytyciem, z drugiej strony nie wyobrażam sobie jak można w sposób prosty ująć złożoność problemów związanych z anoreksją.

Istnieje zatem medyczna definicja anoreksji. Być może w świecie pro ana nie jest traktowana zbyt poważnie, spora część motylków nazywa się 'anorektyczkami' nie spełniając tych kryteriów. Natomiast wydaje mi się, że powołanie się na kryteria daje podstawę do określenia granicy pomiedzy pro ana a anoreksją.

Czy to jest dieta czy zaburzone jedzenie?

Pro ana - czyli oparta o internet spoleczność skupiająca przede wszystkim młode kobiety skoncentrowane na odchudzaniu i/lub istniejących u nich zaburzeniach odżywiania. Definiują one swoje cele i marzenia w różny sposób, a odchudzanie staje się dla nich bardziej drogą niż celem samym w sobie. Istnieje także grupa zwolenniczek pro ana, które twierdzą, że nie potrafią żyć inaczej niż odchudzając się.

Nie mam pewności czy postawienie jednoznacznej granicy pomiędzy 'pro ana' a anoreksją jest możliwe. Wynika to z wielu czynników - same motylki nie są zgodne co do tego kogo można określić mianem 'motylka'. Biorąc pod uwagę osoby, które można określić jako 'łagodne przypadki pro ana', często postrzegane jako głupiutkie małolaty - z jednej strony nie spełniają żadnych kryteriów anoreksji, z drugiej trudno uznać, że ktoś całkiem zdrowy na umyśle jest w stanie żyć wg zasad pro ana.

Istnieje pewna subtelna różnica pomiędzy dietą, nawet najbardziej restrykcyjną, a zaburzonym jedzeniem. Ta różnica polega przede wszystkim na stosunku emocjonalnym danej osoby do jedzenia (jako przedmiotu, i jako czynności), oraz emocjach wyzwalanych przez jedzenie oraz wszystkie inne czynności podejmowane w ramach odchudzania (np. intensywne ćwiczenia, stosowanie środków odchudzających, przeczyszczających czy hamujących łaknienie). Myślę, że w najprostszy sposób można tą sytuację porównać do nałogu - dopóki istnieje możliwość porzucenia 'diety' z dnia na dzień bez wyrzutów sumienia, bez oglądania sie za siebie, to jest to tylko dieta, jeżeli zrezygnowanie z obranej drogi wpływa na psychikę danej osoby, to jest to przypadek zaburzonego jedzenia.

Cienka granica

Nie każda anorektyczka jest motylkiem (osoby, które poszukują sposobu na poradzenie sobie ze swoją chorobą, lub osoby, którym ich stan nie przeszkadza, nie chcą sie leczyć, ale nie angażują się w żadne społeczności oparte o anoreksję).

Nie każdy motylek jest anorektyczką (wiele z nich kwalifikuje się bardziej do diagnozy bulimia, część z nich odchudza się w sposób ekstremalny, bez efektu emocjonalnego związku z jedzeniem i odchudzaniem, o którym wspomniałam powyżej).

Są osoby, które określają sie jak pro ana, i rzeczywiście mają anoreksję (nie uznają one anoreksji za chorobę, ale za świadomie wybrany styl życia, lub rozpoznają anoreksję jako zaburzenie, natomiast nie mają chęci i/lub motywacji i/lub nadziei by coś z tym zrobić, w pro ana szukają przede wszystkim kontaktu z innymi podobnie myślącymi osobami).

Rozmawiając z zaprzyjaźnionym lekarzem 'prawie psychiatrą' usłyszałam bardzo ciekawe zdanie - 'coś' jest zaburzeniem wtedy, gdy zaczyna patologicznie wpływać na funkcjonowanie człowieka - jego związki z innymi ludźmi, jego obowiązki, zdolność do samodzielnego funkcjonowania. Myślę, że w tym świetle na osoby identyfikujące się jak pro ana można spojrzeć jak na grupę, w której jedna część ma zaburzenia odżywiania, a druga flirtuje z nimi bez hamulców.

21:20, anty_pro_ana , pro ana
Link Komentarze (5) »
niedziela, 15 listopada 2009

Odpowiadając na pytanie 'co dalej' w związku z notką dotyczącą artykułu na portalu Dziennik.pl - artykuł ten został zmieniony. Jak wygląda na tą chwilę można zobaczyc tutaj. Zaznaczenia kolorem żółtym pochodzą ode mnie - są to fragmenty zmienione w stosunku do pierwszej wersji. Pierwszy fragment został zapisany kursywą oraz na końcu zaznaczony gwiazdką. W kolejnym miejscu także pojawiła się gwiazdka, i wreszcie pod nazwiskiem "autorki" artykułu pojawiła się nazwa mojego bloga.

3 listopada otrzymałam maila od pani Doroty Kujawskiej z redakcji Dziennika.pl, w którym padło zdanie:

Jednocześnie chciałam Panią poinformować, że o sprawie dowiedzieliśmy się wczoraj.  Już dokonaliśmy odpowiednich zmian na stronie, naszą intencją nie było „okradanie” Pani z dwóch zdań – nastąpiła po prostu zwykłe niedopatrzenie, związane z nie podaniem źródła. Przepraszamy za to.

W swoim mailu pani Kujawska złożyła mi także propozycję wywiadu. Moja odpowiedź była odmowna - istnieje wiele przyczyn, jednak najważniejszą jest to, że nie mam do Dziennika.pl zaufania.

Pozwolę sobie wkleić tutaj fragment mojego maila wysłanego do pani Kujawskiej jako odpowiedź:

Nie będę się tutaj licytować ile zdań z mojej notki zostało skopiowanych, z pewnością było ich więcej niż dwa. Proszę mi wybaczyć sceptycyzm, ale mam poważne wątpliwości czy całą sytuację można nazwać 'niedopatrzeniem'. Pani Anna Szmidt w swoim tekście nie wyszła ani na chwilę poza to, co ja napisałam na swoim blogu. Z mojego punktu widzenia wygląda to tak, że niektóre zdania zostały zastąpione innymi, ale o tym samym znaczeniu. Jakoś nie chce mi się wierzyć, że pani Anna Szmidt 'zapomniała' podać źródło. A tą opinię potwierdził sposób w jaki państwo poprawiliście artykuł - nie wszystkie skopiowane z mojego bloga zdania zostały oznaczone, a sam sposób oznaczenia cytatu jest tak niewidoczny, jak to tylko możliwe. Czytuję na tyle dużo artykułów tego typu, żeby wiedzieć, że jeżeli pierwotnym zamierzeniem autora/autorki artykułu jest powołanie się na inny tekst (pochodzący np. z bloga), wliczając w to dosłowne cytaty, to nie robi się tego w ten sposób. Mówiąc wprost - jestem przekonana, że cała ta sytuacja zasługuje na określenie kradzież. Bez cudzysłowów.

~~~

Pozwoliłam sobie także wysłać maila do wydawcy Dziennika.pl, którym jest spółka Infor - znana z bezwględnego ścigania plagiatorów tekstów zamieszczonych na ich stronach. Poprosiłam o komentarz tej sytuacji oraz odpowiedź na pytanie jaka jest polityka spółki odnośnie zatrudnianych przez nich osób dopuszczających się plagiatów. Odpowiedzi nie doczekałam się.

18:59, anty_pro_ana , O blogu
Link Komentarze (7) »
sobota, 14 listopada 2009

Jednym z elementów typowym dla pro ana, ale też w wielu przypadkach dla anoreksji, jest obsesyjne przywiązywanie 'wagi' do liczb. Przedmiotem obsesji są wymiary, waga, ilość kalorii spożytych w ciągu dnia, ilość wypitych herbatek odchudzających, ilość wykonanych 'brzuszków', ilość przebytych kilometrów... wymieniać mogłabym w nieskończoność. W niektórych przypadkach ta fiksacja na liczbach prowadzi do sytuacji, mówiąc delikatnie, absurdalnych.

Jabłko kontra jabłko

Paradoks jabłkowy jest chyba najbardziej czytelnym przykladem absurdalnej precyzji, która świadczy raczej o braku wyobraźni i niewiedzy, niż o perfekcjoniźmie. Paradoks ten polega na tym, że w sporządzonym z aptekarską dokładnością jadłospisie, pojawiają się dane dotyczące kaloryczności zjedzonych produktów nie mające potwierdzenia w rzeczywistości. Przykładowo:

Dziś zjadłam:

zupa pomidorowa - 123 kcal
jogurt naturalny - 98 kcal
jabłko - 32 kcal
RAZEM: 257 kcal
O 57 kcal za dużo :( Jestem żałosna...

Tutaj warto zastanowić się - skąd wiadomo, że dane jabłko ma 32 kcal? Przecież poszczególne egzemplarze różnią sie między sobą - rozmiarem, zawartością fruktozy, wielkością ogryzka, ilością robaczków wewnątrz... Jaki jest sens wyliczania kalorii z taką dokładnością (a zdarza się, że nawet z większą - do drugiego miejsca po przecinku), jeżeli w rzeczywistości nie jest możliwe tak dokładne określenie ilości kcal dla poszczególnych posiłków?

Rozmiarówka

Oczywiście stwierdzenie, że rozmiar ubrania nie ma nic wspólnego z wartością człowieka, jest banałem. Zadziwiające, że nie wszyscy zdają sobie z tego sprawę. Gdy trafiam na wypowiedzi typu: do końca wakacji muszę schudnąć tak żeby zmieścić się w jeansy rozmiar 34. NIE PÓJDĘ W 38!!! UMARŁABYM ZE WSTYDU!!! - to nie wiem czy jest to bardziej straszne, czy bardziej śmieszne. Pomijam już fakt, że zdecydowana większość populacji (zwłaszcza męskiej) - nie jest w stanie na oko określić rozmiaru jeansów.

Waga prawdę ci powie

Metodyka ważenia się stosowana w wielu przypadkach zwolenniczek pro ana to nawet nie tyle paradoks czy obsesja, co kuriozum. Ważąc się, uzyskujemy wynik, który zawiera w sobie nie tylko masę tkanki tłuszczowej, mięśni, kości, ale także to co zjedliśmy, a nie zdąrzyliśmy jeszcze wydalić, oraz przede wszystkim wodę zawarta w organiźmie. Przykładowe wagowe kuriozum:

Nie rozumiem tego! Wczoraj zjadłam tylko 530 kcal, do tego wypiłam 4 litry wody mineralnej, przebiegłam 4 km, i PRZYTYŁAM! 0,3 kg! Jak to możliwe?! Przecież woda nie ma kalorii!

No nie ma. Ale swoje waży.

Tagi: cytaty
00:46, anty_pro_ana , pro ana
Link Komentarze (6) »
środa, 11 listopada 2009

'bo nikt nie zrozumie motylka, tak jak drugi motylek'

Tego typu komentarze pojawiały się na moim blogu już wiele razy. W różnych sformułowaniach i konfiguracjach. Zwykle takie argumenty ucinają dyskusję, nie spotkałam się jeszcze z sytuacją, w której ktokolwiek próbowałby polemizować z takimi wypowiedziami. No cóż. Zawsze musi być ten pierwszy raz.

Nie chcę tutaj zabrzmieć arogancko, więc trochę z obawą zadam pytanie - a co jest takiego trudnego w zrozumieniu motylków? Już od prawie roku śledzę blogi pro ana, i coraz częściej łapie sie na tym, że to co czytam, już gdzieś było. Już od dawna żadna wypowiedź motylka nie zaskoczyła mnie. Historie spisywane przez motylki stały sie do bólu przewidywalne. Ich argumenty, motywacje, emocje, zachowania. Nie wiem czy oznacza to, że rozumiem jak to jest być motylkiem. Niemniej jednak nie umiem w pro ana dostrzec tej magicznej tajemnicy, która ponoć dostępna jest tylko 'wtajemniczonym'.

Gdybym musiała określić w czym leży największa trudność w zrozumieniu motylków, to obstawiałabym przede wszystkim indywidualność zachowań i emocji konkretnych osób. Tyle, że nie tylko motylki różnią sie między sobą, ta zasada dotyczy wszystkich ludzi. Zatem w tym świetle argument o tym, że 'tylko motylek jest w stanie zrozumiec motylka' przestaje mieć podstawy.

Pójdźmy dalej - zakładając nawet, że nie jest możliwe pełne zrozumienie. Czy to powinno powstrzymać zainteresowaną osobę przed choćby próbą zrozumienia? Czy jest to przeszkoda w choćby cześciowym zrozumieniu? Moim zdaniem nie. Skoro ktoś nie jest motylkiem, i nie jest w stanie zrozumieć, to dlaczego nie pomóc mu w poszukiwaniu odpowiedzi?

Co tak na prawde kryje się za tymi słowami? Dla mnie to sformułowanie jest pustymi słowami. Jest to tylko i wyłącznie próba ucinania dyskusji, próba zamykania ust, z których padają niewygodne słowa. Jestem przekonana, że nie chodzi tu wcale o zrozumienie na czym polega bycie motylkiem. Myślę, że kluczowym zagadnieniem jest tutaj akceptowanie bycia motylkiem. Tymczasem trzeba zdać sobie sprawę z jednej rzeczy - rozumieć, nie znaczy akceptować.

Typowa dla pro ana postawa to poczucie niezrozumienia połączone z przekonaniem o tym, że postępuje się słusznie. W tej konwencji słowa 'bo nikt nie zrozumie motylka, tak jak drugi motylek' brzmią jak swoiste 'odwalcie się ode mnie'. Posługując się analogią - można zrozumieć, że alkoholik pozbawiony wódki cierpi, że pragnie się napić, że wszystkie jego myśli płyną w jednym kierunku. Jednocześnie nie oznacza to, że rozumiejąc jak się czuje, podamy mu drinka.

Dlaczego np. osoby chore na anoreksję tkwią w przekonaniu, że nikt ich nie rozumie, jednocześnie odmawiają szukania pomocy u psychologa czy psychiatry? Przecież gdyby zależałoby im na zrozumieniu, to ludzie, którzy mają doświadczenie w pracy z osobami o podobnych problemach stanowiliby największą szansę, aby to zrozumienie znaleźć. A może tutaj wcale nie chodzi o znalezienie tego zrozumienia? Wydaje mi się, że w przypadku motylków sytuacja jest bardzo podobna. One liczą na to, że ktoś, kto je zrozumienie zaakceptuje ich filozofię, zaakceptuje ich postępowanie i pozwoli robić ze sobą co tylko zechcą. Może warto uświadomić sobie, że te dwie rzeczy nie zawsze muszą iść w parze.

niedziela, 08 listopada 2009

Crystal Renn jest obecnie najbardziej popularną modelką w kategorii 'plus size'. Niedawno opublikowała książkę pt. Hungry, była bohaterką licznych programów telewizyjnych i artykułów w mediach na Zachodzie. Historia popularności Crystal Renn świetnie pasuje do tematyki tego bloga, ponieważ jest ona modelowym przykładem na to, że szczęścia należy szukać przede wszystkim w tym, kim sie jest, a nie w poradnikach dot. odchudzania.

Crystal Renn zwróciła uwagę jednego z 'łowców głów' gdy miała 14 lat. Zaproponowano jej kontrakt z agencja modelek pod warunkiem, że zgubi nieco kilogramów. W jednym z wywiadów Crystal powiedziała: Miałam 14 lat i byłam krągła. Nie miałam pojęcia o byciu modelką. Szczerze mówiąc nic mnie to nie obchodziło. Człowiek, który mnie wypatrzył wyjaśnił mi o co chodzi. Coś zaskoczyło. Pomyślałam, że to mogłoby być coś dla mnie. Wtedy usłyszałam, że powinnam schudnąć jakieś 50 funtów (ok. 22.5 kg). Crystal w ciągu dwóch lat schudła do niewiele ponad 40 kg, przeprowadziła się do Nowego Jorku i zaczęła karierę modelki., odżywiając się sałatą i dietetyczną Coca Colą.

Crystal Renn

fot. http://www.stylelist.com

W innym z wywiadów Crystal stwierdziła: Mój sen się spełniał, a mimo to czułam się beznadziejnie. Wiedziałam, że niezależnie od tego co zrobię, nigdy nie będę dostatecznie dobra, aby spełnić standardy obowiązujące w modelingu. Gdy miała 17 lat znalazła sie w punkcie, gdy wiedziała, że więcej nie da rady schudnąć (będąc na bezcukrowej i beztłuszczowej diecie ok. 600 kcal dziennie oraz ćwicząc dziennie co najmniej przez godzinę), a jej opiekunowie z agencji modelek stwierdzili, że jest zbyt szeroka w biodrach. Ktoś zasugerowal, że powinna spróbować zostać modelką 'plus size'.

I od tego zaczęła się wielka kariera Crystal. Będąc modelką '0 size' była jedną z wielu. Gdy po kilku miesiącach terapii, dochodzenia do normalnej wagi, Crystal Renn podpisała kontrakt z agencją Forda. I od tego się zaczęło. Obecnie jest jedną z najbardziej rozpoznawanych modelek, a jej rozmiar to 14. Jest szczęśliwa, osiągnęła sukces, a wszystko zaczęło się od tego, że zaakceptowała siebie.

Crystal Renn wierzy w to, że na wybiegu jest miejsce dla modelek w różnych romiarach. Jej przesłanie nie brzmi 'większe jest lepsze', ale, że piękno kobiety tkwi w jej samopoczuciu, akcepetacji i pewności siebie.

Crystall Renn & Jean Paul Gaultier

Crystall Renn w finale pokazu z Jeanem Paulem Gaultier


Crystall Renn

Crystal Renn w sesji dla magazynu Glamour

 

Więcej zdjęć Crystal Renn - na blogu Big Beautiful Woman

Artykuły i wywiady:

StyleList
Time

 

piątek, 06 listopada 2009

Często wymienia sie anoreksję jako zaburzenie, które jest najbardziej śmiertelne ze wszystkich zaburzeń i chorób psychicznych. Dużo rzadziej przy takiej okazji określa się co jest najczęstszą bezpośrednią przyczyną śmierci. Nie jest to wygłodzenie, nie jest to nieprawidłowe funkcjonowanie serca i układu krążenia. Najczęstszą bezpośrednią przyczyną śmierci w przypadku zaburzeń odżywiania jest udana próba samobójcza.

Anoreksję czasem opisuje się jako samobójstwo rozłożone na raty - rozciągnięte w czasie znęcanie się nad własnym ciałem, które, jeżeli nie zostanie przerwane, w końcu prowadzi do śmierci. Stan emocjonalny osób chorujących na anoreksję porównuje się do równi pochyłej - początkowy entuzjazm i nadmiar energii przechodzi w rozdrażnienie, apatię, a następnie depresję. Depresja towarzyszy również w wielu przypadkach bulimii. Nieleczone zaburzenia odżywiania wraz z towarzyszącą depresją w końcu kierują myśli osoby chorej ku ostatecznemu rozwiązaniu jakim jest samobójstwo.

Liczne badania przeprowadzone w temacie samobójstwa osób cierpiących na anoreksję i/lub inne zaburzenia odżywiania pokazują, że:

  • w zależności od typu zaburzeń odzywiania istnieje różne ryzyko próby samobójczej, w zależności od źródła dane na ten temat są różne, ale sprowadzają się do schematu, w którym ryzyko to wzrasta najbardziej w przypadku zaburzeń odżywiania o typie nierestrykcyjnym, a w przypadku zaburzeń odzywiania w postaci restrykcyjnej ryzyko to jest większe niż w przypadku osób zdrowych (przykładowe badania na ten temat np. tutaj lub tutaj);
  • czynnikami dodatkowo zwiększającymi ryzyko podjęcia próby samobójczej są zaburzenia towarzyszące takie jak alkoholizm, samookalecznie oraz zaburzenia osobowości (więcej na ten temat np. tutaj).

Psychologowie próbujący wyjaśnić mechanizm prowadzący osoby z zaburzeniami odzywiania do prób samobójczych podkreślają, że w przypadku anoreksji o typie restrykcyjnym ryzyko popełnienia samobójstwa może być niższe niż np. w przypadku bulimii, ale z drugiej strony takie cechy jak perfekcjonizm, determinacja, izolacja oraz poczucie dumy i wstydu u osoby chorej powodują, że sposoby targnięcia sie na własne życie są bardziej skuteczne. Dość często spotykam sie z opinią, że próby samobójcze częściej są rozpaczliwym wołaniem o pomoc i próbą zwrócenia na siebie uwagi. I często mam wątpliwości czy drastyczność środków stosowanych w wielu próbach samobójczych u osób chorych na anoreksję nie podważa tych opinii.

wtorek, 03 listopada 2009

W związku z tym, że w ostatni weekend był Halloween na wielu blogach amerykańskich poświęconych zaburzeniom odżywiania i tematom pokrewnym pojawiły się notki w związku z taką oto propozycją halloweenowego przebrania:

kostium

(fot. fancydress.com)

Kostium ten byl sprzedawany w wielu sklepach internetowych pod nazwą "Anna Rexia". NA kostium składają się: mała czarna z motywem szkieletu, plakietka w kształcie serca z napisem Anna Rexia, opaska na włosy z kością w miejscu kokardy, opaska na szyję oraz pasek w kształcie taśmy mierzącej. W sprzedaży były dostępne rozmiaru od 2 do 20 (wg miary brytyjskiej). Kostium ten przed weekendem kosztował około 40$, teraz można go nabyć nawet taniej.

Opisy produktu na stronach sklepów: "nigdy nie możesz być dostatecznie bogata, ani chuda", "poczuj się seksownie chuda".

Komentarze odnośnie tego kostiumu, które pojawiły sie na blogach i forach były różne. Od zaniemówienia, przez gniew, aż do obrzydzenia. Najczęściej pojawiały się głosy, że najbardziej chore jest kojarzenie seksownego wyglądu z anoreksją, oraz, że tego typu produkty są wyśmiewaniem się z nieszczęścia innych (np. tutaj).

Szczęście w nieszczęściu, że w Polsce tradycja Halloween sie nie przyjęła, więc tego typu pomysły jak na razie nas nie dotyczą. Moim zdaniem warto jednak zwrócić przy tej okazji uwagę na to, w jaki sposób niektóre pokręcone umysły postrzegają anoreksję. Nawet pomijając fakt, że ktoś próbuje zbić na tym kasę. Dla mnie najbardziej chore jest to, że anoreksja może być dla kogoś śmieszna. Nawet nie próbuję sobie wyobrazić jak mogą się czuć widząc takie pomysły osoby, których życie to nieustanna walka z tym zaburzeniem odżywiania.

To, że kostium był dostępny w szerokiej rozmiarówce jest trochę ironiczne. Jeszcze bardziej ironiczne jest prezentowanie tego kostiumu przez modelkę, o której w żaden sposób nie można powiedzieć, że jest zagłodzona (już prędzej silikonowa;-).

20:33, anty_pro_ana
Link Komentarze (7) »
niedziela, 01 listopada 2009

Do tej pory pisząc bloga trzymałam się ściśle określonej tematyki. W zasadzie nie planowałam nigdy z niej zbaczać. Jednak kilka sytuacji, które ostatnio się zdarzyły zmusiły mnie do zastanowienia się nad problemem, który w najbardziej ogólnej wersji można określić jako 'media tradycyjne vs blogosfera'.

Ze strony dziennikarskiego światka dość często można usłyszeć zarzuty, że blogi są niewiarygodnym źródłem informacji, że anonimowość blogerów dyskwalifikuje ich jako partnerów w dziennikarskich debatach, że dziennikarstwo obywatelskie jest kpiną z dziennikarstwa przez duże 'd' itd. Tego typu debaty są zwykle bezowocne, natomiast nie da się ukryć, że wielu dziennikarzy nawet nie próbuje spojrzeć na blogosferę jako alternatywne źródło informacji. Z jednej strony trzeba mieć świadomość, że obok blogów wartościowych istnieje cała masa nic nie wartych gniotowatych tworów. Z drugiej - podobnie jest w tradycyjnych mediach. Sztuka polega na tym, żeby kształtując własne poglądy umieć ocenić na ile warto oprzeć własne opinie o informacje pochądzące z zewnątrz i opinie innych.

Nie twierdzę, że mam wyłączność na pisanie o pro ana. Wręcz przeciwnie. Marzy mi się, aby blogów o tematyce podobnej do mojego było więcej. Czytując blogi dot. internetu, reklam, filmów, kulinariów, mody itd. widzę jak wiele daje to, że są osoby podejmujące podobne tematy, z którymi można współpracować, polemizować, kłócić się i konkurować o czytelników. Natomiast problem z tradycyjnymi mediami i osobami tworzącymi treści na ich potrzeby jest taki, że jest to skakanie z tematu na temat - bez większego zaangażowania, coś w rodzaju 'małżeńskiego obowiązku'. Artykuły dot. zaburzeń odżywiania są przeważnie płytsze niż deserowy talerz, często są po prostu tłumaczeniem materiałów z prasy zachodniej lub kompilacją innych artykułów.

Nie będę bawić się w fałszywą skromność. Doskonale wiem, że ten blog jest na skalę polskiej blogosfery wyjątkowy. Oczywiście daleko mu do doskonałości, zarówno pod względem treści, jak i formy, niemniej jednak w tematyce, o której piszę jak na razie nie widzę żadnej konkurencji (czego niezmiernie żałuję). Problem polega na tym, że z jednej strony dziennikarze piszący na temat pro ana ignorują mojego bloga, z drugiej czerpią z niego informacje garściami.

Jak np. tutaj:

o brideoreksji w dzienniku

Dwa dni przed ukazaniem się tego artykułu na blogu zamieścilam tę oto notkę. Do redakcji Dziennika wysłałam maila z prośbą o wyjaśnienie zadziwiającego podobieństwa powyższego tekstu do mojej notki. Odpowiedzi nie doczekałam się.

Do tej pory to, w jaki sposób niektórzy dziennikarze odnoszą się do blogerów i blogosfery, niewiele mnie interesowało. Pisałam tego bloga przede wszystkim dla siebie, z nadzieją, że znajdą się osoby, które skorzystają na tym co piszę. Mam tutaj na myśl korzyści niewymierne - wiedzę, impuls do refleksji nad sobą, inspiracje. Byłam bardzo naiwna, co uświadomiłam sobie gdy po raz pierwszy czytając artykuł na temat pro ana napisany przez dziennikarkę na potrzeby portalu Papilot. Było to ponad pół roku temu. Od tej pory właściwie przy okazji każdego artykułu dot. pro ana mam poczucie deja vu (zilustrowane przykładem artykułu z Dziennika).

Dla całkowitej jasności - nie mam nic przeciwko temu, żeby dziennikarze piszący o pro ana korzystali z informacji zawartych na moim blogu. Natomiast uważam, że byłoby fair choćby wspomnieć, że mój blog istnieje. (Wspomnieć w sposób rzetelny, nie tak jak zrobiła to autorka artykułu zamieszczonego jakiś czas temu na WP, która sprowadziła moj blog do poradnika pt. 'jak rozpoznać anorektyczkę'.) Jest to jak najbardziej realne - do tej pory skontaktowało się ze mną kilka osób zainteresowanych tematem z prośbą o możliwość wykorzystania informacji z tego bloga, jedna z notek trafiła na stronę główną portalu Gazety w miejscu, które zwykle jest zarezerwowane dla artykułów 'profesjonalnych'.

Zatem jak to jest? Czy mój blog jest czy nie jest wiarygodnym źródłem informacji o pro ana, zaburzeniach odżywiania itd.? To co zrobiła dziennikarka Dziennika w zasadzie nie jest plagiatem, niemniej jednak czuję niesmak. Bo jakie jest prawdopodobieństwo, że pani Anna Szmidt stworzyła samodzielnie więcej niż jedno zdanie identyczne ze zdaniem z mojego wpisu? Czy nie trąci to trochę hipokryzją biorąc pod uwagę stanowisko Dziennika odnośnie blogów i blogerów, które zostało dość jednoznacznie określone w czasie afery wokół blogerki kataryny?

Terapia anoreksji, bulimii