Refleksyjnie

poniedziałek, 11 czerwca 2012

Styl życia czy samobójstwo na raty to najczęściej pojawiające się slogany odnoszące się do anoreksji. Oba budzą we mnie sprzeciw.

Anoreksja jako styl życia to element oswajania choroby i jest wynikiem tego, że w anoreksji pojawia się silny opór przed leczeniem. Skoro coś jest stylem życia, nie chorobą, to znaczy, że jest to OK. Czy można mówić o stylu życia w sytuacji gdy prowadzi on do niszczenia siebie? Moim zdaniem nie. Można mówić co najwyżej o "stylu niszczenia sobie życia".

Z kolei samobójstwo odbieram jako akt, nie jako proces. Dlatego też rozkładanie go na raty nie ma dla mnie większego sensu. Gdy ktoś systematycznie i sukcesywnie niszczy siebie, to jest to autodestrukcja - w moich oczach jest bardziej wołaniem o pomoc, niż konsekwentnym dążeniem do śmierci. Wołanie o pomoc zawiera w sobie, nawet jeżeli niewielką, chęć życia. Osoby cierpiące na anoreksję często mówią "chcę zniknąć, stać się niewidzialna". Słowa te nie oznaczają tego samego co "chcę umrzeć".

Przeczytałam ostatnio felieton Romy Ligockiej Kogoś trzeba kochać. Cały tekst średnio przypadł mi do gustu, ale spodobał mi się ten fragment:

Anoreksja to pewien sposób niezgody na życie, tak różny jak różne są doświadczenia każdego z nas.

I takie ujęcie anoreksji jako sposób niezgody na życie wydaje mi się bardzo trafny.

Sposób - sugeruje, że jest to jedna z wielu opcji, więc anoreksja nie jest wyrokiem, od którego nie można się odwołać.

Niezgoda - oddaje to, że anoreksja jest zmaganiem się z ciałem, apetytem, własnym umysłem.

Kiedyś wydawało mi się, że wszystkie anorektyczki chcą umrzeć, tymczasem nie jest to tak oczywiste. Bo człowiek, który podejmuje decyzję, że żyć nie chce, musi być na tyle umęczony życiem, że niepotrzebna mu kolejna tortura, w postaci powolnego głodzenia się na śmierć. Anoreksja nie oznacza jednoznacznie pragnienia śmierci. Ja to odbieram jako budowanie wokół siebie rzeczywistości na własnych warunkach. Warunki te są oderwane od rzeczywistości i to może być przyczyna cierpienia, które anoreksję jeszcze bardziej nakręca.

Tagi: anoreksja
12:41, anty_pro_ana , Refleksyjnie
Link Komentarze (9) »
sobota, 18 czerwca 2011

Od razu zaznaczam, że ta notka to tylko moje przemyślenia oparte na obserwacji rzeczywistości i lekturze wypowiedzi osób, które mają/miały ED.

Myślę, że dyskutując o poczuciu winy należy zaznaczyć, że jest to pojęcie związane z moralnością i systemem wartości danej osoby. Poczucie winy jest emocją, która towarzyszy nam w sytuacjach, gdy zrobiliśmy coś złego (lub tak nam sie wydaje). To, czy dana rzecz jest dobra lub zła wynika z naszej moralności i systemu wartości. Ten drugi decyduje także o intensywności poczucia winy.

W zab. odżywiania dochodzi do sytuacji, w której jedzenie, waga, odchudzanie i inne zachowania/rzeczy związane z ED zajmują nienormalnie wysoką pozycję w systemie wartości. Np. chudnięcie staje się ważniejsze od zdrowia, a jedzenie zostaje utożsamione z czymś złym i zanieczyszczającym nie tylko fizycznie, ale czasem także duchowo. Dlatego osoby, które mają anoreksję (pewnie nie wszystkie) doznają poczucia winy jedząc, nie ćwicząc dostatecznie długo itd. System wartości w ED potrafi być tak wywrócony do góry nogami, jak u rasowego nałogowca - zachowania typu okłamywanie bliskich, kradzież słodyczy, marnowanie jedzenia (tutaj pośrednio także pracy osoby, która przygotowała posiłek) stają się bardziej dopuszczalne, a zatem wywołują mniejsze poczucie winy lub jej brak, niż głodówki, prowokowanie wymiotów i inne zachowania prowadzące do chudnięcia.

Dlaczego tak sie dzieje? Można to wyjaśnić na różne sposoby. Na przykład:

  • osoba z zab. odżywiania nie potrafiąc poradzić sobie z rzeczywistością (w postaci przeróżnych problemów - od traumy, przez stres, po dojrzewanie i dorastanie) wszelkie problemy przekłada na jedzenie i swoją wagę; jedzenie staje się złe, odchudzanie dobre, a wszystko inne przestaje się liczyć lub liczyć się znacznie mniej.
  • podobnie jak w uzależnieniach zachowania typowe dla ED stają się głównym źródłem gratyfikacji (czyli robienia sobie dobrze), dlatego inne zachowania tracą na znaczeniu.

W jednym z maili, który kiedyś dostałam padło pytanie jaki jest stosunek "motylków" do głodujących dzieci w Afryce czy ofiar obozów koncentracyjnych, czy zdjęcia ludzi, którzy głodowali/głodują wbrew swojej woli są wykorzystywane jako inspiracje. I tu pozwolę sobie wesprzeć się kilkoma cytatami z blogów pro ana:

Od dzisiaj będę z komentarzy usuwać wszystkie łzawe wstawki o głodujących w Afryce. Nic mnie to nie obchodzi, ja żyję tu i teraz i tylko to jest dla mnie ważne.

Za każdym razem jak zwymiotuję, to aż mnie ściska z poczucia winy. Teraz radzę sobie z tym już lepiej, po prostu tłumaczę sobie, że to nie jest moja wina, że to matka mnie dokarmia jak jakieś głodne afrykańskie dziecko.

siedzielismy wszyscy przy stole, gdy nagle ciotka wypalila, ze wygladam jak z oswiecimia
ojciec wyciagnal flaszke
matka uciekla wzrokiem
a ja bylam z siebie tak dumna, ze nic juz wiecej nie zjadlam!

No źle mi ztym, że kłamię, że wyrzucam jedzenie. Ale jeszcze bardziej byłoby mi źle, gdybym tego nie robiła. Przecież gdybym mogła oddać mój obiad komuś kogo nie stać na jedzenie to oddałabym. Ale nie mam komu!

Wydaje mi się, że zab. odżywiania wywołują stan, w którym osoba chora tak bardzo koncentruje się na sobie, że traci zdolność odczuwania empatii. Jest to bardzo widoczne zwłaszcza w pro ana, gdzie calkiem spora grupka "motylków" nie wyobraża sobie, że dla innych ludzi przysłowiowa kromka chleba nie jest źródłem zabójczych węglowodanów, ale różnicą między życiem, a śmiercią. Kiedyś zapytałam zaprzyjaźnionego psychologa co sądzi o takim pomyśle, aby anorektyczki w ramach terapii udzielały się np. w hospicjum dla dzieci. Odpowiedź była mniej więcej taka - anorektyczki w swoim perfekcjoniźmie pracowałayby ciężko i dokładnie, ale raczej trudno byłoby liczyć na to, że praca w hospicjum zmieniłaby ich system wartości. Choroba czyni je niewrażliwymi na wiele rzeczy, które ruszają zdrowego człowieka.

23:11, anty_pro_ana , Refleksyjnie
Link Komentarze (16) »
piątek, 13 maja 2011

Ostatnio na większości portali przewijały się artykuły zachęcające do odchudzania z myślą o lecie, plaży, bikini. W ten sposób po raz kolejny w mojej głowie przewija się problem "sezonu na odchudzanie" w wydaniu pro ana. Nie dotyczy on wszystkich osób będących pro ana, ale pewnej grupy i polega na tym, że w zasadzie sezon na odchudzanie zawsze się znajdzie.

Bo niedługo wakacje i trzeba się będzie pokazać w stanie "rozebrania".

Bo niedługo nowy rok szkolny/akademicki, więc trzeba zaskoczyć znajomych.

Bo niedługo Sylwester, więc trzeba będzie kiecę nową zademonstrować na ulepszonych kształtach.

Bo niedługo studniówka, wesele, osiemnastka, wyjazd ze znajomymi, itd. itp.

Takie odchudzanie od okazji, do okazji ma to do siebie, że narzuca ramy czasowe, które dość szybko się zacieśniają. Gdy przy tym cel wagowy jest bardzo niski, okazuje się, że chudnąć trzeba nie tylko szybko, ale i intensywnie. I tu się otwiera całe pole minowe dla możliwych porażek.

Bo im bardziej drakońska "dieta", tym większe ryzyko tzw. wpadki.

Bo im mniej czasu, tym mniej realne staje się uzyskanie upragnionej wagi, tym większa presja, tym większe poczucie porażki, gdy odchudzanie nie wychodzi. Itd. Itp.

Jest to absurdalne, że tak wiele osób jest zdeterminowanych, aby odchudzać się za wszelką cenę, i obraca się to przeciwko nim.

Czytając blogi pro ana czasem mam wrażenie, że ich autorki oczekują cudów. Tymczasem nierealne marzenia nie mogą się spełnić, a uczepianie się tych marzeń jest niebezpieczne, bo gwarantuje porażkę. Internet jest pełen blogów, których autorki rozpoczynały kolejny cykl odchudzania z powodu nadchodzących wakacji, czy innych okazji. Nie były w stanie zrealizować swoich planów. Początkowy entuzjazm przechodził w zniechęcenie i kilka miesięcy milczenia. A potem kolejne wakacje i cykl zaczyna się od początku. Aż człowiek przestaje wierzyć w uczenie się na własnych błędach.

A może problem tkwi w czymś innym? Może takie osoby lubią czuć się nieszczęśliwe?

19:52, anty_pro_ana , Refleksyjnie
Link Komentarze (7) »
środa, 04 maja 2011

Kilka dni temu na jednym z blogów pro ana przeczytałam:

chcę być inna, wyróżniać się w tłumie, nie chcę być taka jak wszyscy, i ana mi to zapewni

Ironiczne jest to, że takich wypowiedzi widziałam już bardzo wiele. Zaryzykowałabym nawet stwierdzenie, że pragnienie “bycia innym” jest w światku pro ana całkiem popularne. Jest to całkiem ciekawy problem - dążenie do indywidualizmu, które sprawia, że ktoś staje się kolejną kopią.

Dlaczego kolejną kopią?

Dlatego, że wspólnym celem staje się rozmiar 0.
Dlatego, że swoje inspiracje zaczyna się dzielić z innymi.
Dlatego, że walczy się z ciałem i z umysłem, te same bitwy, te same łzy, te same rozczarowania.
Dlatego, że zazdrości się tym samym osobom.
Dlatego, że odkłada się na bok te same rzeczy.
Dlatego, że nienawidzi się tych samych epitetów i przypinanych łatek.
Dlatego, że pragnie się tych samych etykiet i diagnoz.
Dlatego, że stosuje się te same argumenty, te same kłamstwa, te same manipulacje, aby osiągnąć swój cel.
Dlatego, że równie często jak spotykam słowa “chcę być inna” spotykam słowa “chcę być jak ..." i tu pada jedno z kilku nazwisk, należących do gwiazdek, które więcej łączy niż dzieli.

Dawno temu przeczytałam, że jednym z dowodów na to, że anoreksja jest problemem biologicznym jest to, że wszystkie anorektyczki są do siebie podobne, mówią jednym głosem. Coś w tym jest, bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że po dwóch latach czytania blogów pro ana moją dominująca myślą jest “ale to już było”. Mogą różnić się detale, sposób pisania, dobór słów, ale … poczucie wtórności pozostaje.

I gdy (po raz kolejny) spotykam się ze stwierdzeniem, że “tylko motylek zrozumie drugiego motylka”, to czasem uruchamia się cynizm i podpowiada - “nic dziwnego, w końcu wszystkie motylki są takie same”.

Nie mam wątpliwości, że dla każdej osoby, która cierpi z powodu ED, jej cierpienie jest wyjątkowe, bo jej własne. Natomiast nie zgadzam się z tym, że ED czyni kogoś wyjątkowym.

 

13:46, anty_pro_ana , Refleksyjnie
Link Komentarze (18) »
czwartek, 07 kwietnia 2011

Dzisiejsza notka jest zainspirowana następującą wypowiedzią znalezioną na jednym z blogów pro ana:

No i stało się, byłam na pierwszej wizycie. Pani psycholog - owszem ładna i młoda. Szkoda tylko, a może na szczęście niesamowicie naiwna i głupia. Wypytywała mnie o moją dietę, o to jak udało mi się tak bardzo schudnąć, a ja nawciskałam jej kitów o zdrowym odżywianiu, warzywach, ciemnym pieczywie, unikaniu słodyczy itd. Ha! Za tydzień następna wizyta i jestem pewna, że ostatnia. Bo przecież nic mi nie jest, a dążenie do szczupłej sylwetki nie jest żadną chorobą, a wręcz przeciwnie.

Na marginesie dodam, że autorka tej wypowiedzi ma BMI około 16, stosuje dietę na poziomie 300 kcal, regularnie też prowokuje wymioty w sytuacjach, gdy okoliczności zmuszają ją do zjedzenia czegoś spoza ułożonego przez nią jadłospisu.

Czytując blogi pro ana dość często spotykam się z opisami spotkań "motylków" z psychologami czy psychiatrami. Najczęściej sprowadza się to do tego, że zaniepokojona rodzina (rodzice, partner, mąż itd.) wymusza podjęcie leczenia, "motylkowi" taki pomysł się nie podoba, więc po krótszych lub dłuższych kłótniach, unikaniu tematu, plucia jadem na blogu itd. itp., "motylek" idzie do psychologa z założeniem, że to tylko dla uśpienia czujności i uniknięcia niechcianych konfliktów w formie otwartej. Wg moich obserwacji wśród motylków panuje powszechne przekonanie, że bardzo łatwo jest manipulować psychologiem, i że wystarczy tylko odpowiednio odegrać swoją rolę, aby psycholog uznał, że problemu nie ma, poinformował o tym rodzinę, a "motylek" mógł w spokoju dalej chudnąć.

Powstaje pytanie - czy da się wkręcić psychologa/psychiatrę?

Rozmawiając z różnymi osobami, które zajmują się psychiatrią czy prowadzą terapię, wypytuję o to, czy są w stanie wyłapać tego typu manipulacje, jaki jest ich stosunek do tego, jak postepują, gdy podejrzewają, że ich pacjentka po prostu kłamie. Oczywiście odpowiedzi są różne, ale spróbuję uogólnić to, czego się dowiedziałam.

  1. Wyłapanie tego, że pacjent kłamie nie jest trudne (w grę wchodzi doświadczenie, obserwacja pacjenta, jego mowy ciała, konsekwencja wypowiedzi, wypowiedzi rodziny).
  2. Przyłapanie pacjenta na kłamstwie nie oznacza, że psycholog czy psychiatra od razu konfrontuje ten fakt ze swoim podopiecznym.
  3. To, że pacjent kłamie i czego kłamstwa dotyczą jest informacją równie ważna jak sytuacje, w których pacjent jest szczery.
  4. Psycholog czy psychiatra okłamywany przez pacjenta nie czuje się urażony, zraniony, oburzony, poniżony, itd., ze wzgledu na specyfikę relacji pacjent - psycholog/psychiatra.
  5. Wszystkie konsekwencje tego, że pacjent kłamie, ponosi pacjent.

Tak więc wynika, że w wielu przypadkach osoby, które próbują manipulować psychologiem czy psychiatrą i są przekonane, że im sie to udaje, bardzo grubo się mylą. A zaprzeczanie temu to moim zdaniem po prostu naturalna reakcja manipulatora, który został zrobiony w konia.

Czy ktoś zechce podzielić się swoimi doświadczeniami na ten temat?

niedziela, 13 marca 2011

Czytając blogi pro ana, zwłaszcza te, których autorki próbują wyhodować u siebie anoreksję, zawsze zastanawiam się skąd u tak młodych osób obsesja na punkcie własnego wyglądu i dominująca inne potrzeby chęć bycia atrakcyjną. Jedną z potencjalnych odpowiedzi na to pytanie jest seksualizacja dzieci, a zwłaszcza dziewcząt. Seksualizacja, czyli proces w wyniku którego dzieci stają się obiektami seksualnymi, kreowanie sytuacji, w których bycie obiektem seksualnym wiąże się z różnymi gratyfikacjami, takimi jak np. popularność, nowoczesność, przebojowość.

Mogłoby się wydawać, że ten problem nas nie dotyczy, że ten przykład zachodniej zgnilizny moralnej do Polski nie dotarł, że w naszym katolickim kraju nie trzeba zawracać sobie tym głowy. Tymczasem z przykładami seksualizacji dzieci bardzo łatwo spotkać się na co dzień. Na przykład upiększające zabawki dla dziewczynek. Na przykład elementy stroju, które mają kojarzyć się z seksem, tradycyjnie zarezerwowane dla dorosłych, produkowane w wersjach dziecięcych. Na przykład czasopisma dedykowane dla młodych dziewcząt, które oferują porady jak być piękną. Na przykład kosmetyki do makijażu dla przedszkolaków. Itd. Itp. Oczywiście za taki stan rzeczy bardzo łatwo jest winić media czy producentów. Ale warto też uwzględnić fakt, że ktoś wszystkie te gadżety dzieciom kupuje. Pokolenie lolitek, które w wieku 8 lat paradują w obcisłych legginsach z błyszczącym na pupie napisem "sweet ass", zostało wychowane przez ludzi, którzy często bardziej niż za rodziców uważają się za przyjaciół swoich dzieci.

Ktoś może powiedzieć "no dobra, ale co jest złego w tym, że 8-latka zaczyna eksperymentować z makijażem, w końcu to normalne, że dzieci próbują naśladować dorosłych". I trudno jest się nie zgodzić. Tyle, że oprócz samego obiektu trzeba także uwzględnić kontekst. Sam w sobie makijaż może i nie jest złem, natomiast jeżeli towarzyszy mu przekaz "dzięki makijażowi zrobisz lepsze wrażenie w szkole" to sprawa zaczyna się komplikować.

Myślę także, że problemem jest nie tylko to, że istnieje asortyment przedmiotów wprowadzających w życie dzieci pojęcia takie jak seksapil. Problemem jest także to, że w parze z tym nie idzie edukacja czym seks jest i z jakimi konsekwencjami się wiąże. I w tym przypadku katolickie kołtuństwo panujące w naszym kraju na pewno nie jest pomocne. Bo efektem tego jest to, że seks ofiaruje się dzieciom w postaci najróżniejszych produktów, ale się o nim z dziećmi nie dyskutuje.

Odnosząc problem seksualizacji dzieci do pro ana, przestają dziwić 12- czy 14-latki, których najważniejszym celem życiowym jest wyglądanie lepiej niż koleżanki, czy też zdobycie chłopaka. Przestaje dziwić to, że dla wielu z tych dziewcząt odchudzanie jest ważniejsze od przyjaciół, czy szkoły, czy własnego zdrowia. Przestaje dziwić, że te dziewczyny potrafią na wyrywki recytować wartości kaloryczne produktów, a nie wiedzą na czym polega cykl miesiączkowy. Przestaje dziwić także to, że wartość innych ludzi jest postrzegana przede wszystkim jako efekt ich wyglądu.

 

Do poczytania:

Córki czy lolitki

Chłopaki to seksy, dziewczyny to dupy

Raport APA (American Psychological Association) dot. seksualizacji młodych dziewcząt

 

13:29, anty_pro_ana , Refleksyjnie
Link Komentarze (12) »
wtorek, 20 lipca 2010

Od wczoraj na stronie głównej Gazety świecił ciekawy wątek z forum. Przejrzałam go pobieżnie i automatycznie przypomniało mi się inne cudo z tego samego forum. Stąd dzisiejszy temat.

Dbanie o siebie = regularne i częste wizyty u kosmetyczki, fryzjera, w spa itd. itp.?

Dbanie o siebie = dieta, unikanie za wszelką cenę wszystkiego co może źle wpłynąć na ciało np. alkoholu w każdej postaci?

Dbanie o siebie = "robienie sobie dobrze" na wszelkie możliwe sposoby?

Dbanie o siebie = życie w zgodzie ze sobą, poznawanie i rozwijanie siebie?

Dbanie o siebie = czystość i schludność?

...

Zastanawiam się co to znaczy "dbać o siebie", nie istnieje przecież ścisła definicja tego pojęcia. Choć z drugiej strony - nawet te osoby, które realizują "dbanie o siebie" na swój własny unikalny sposób, intuicyjnie wiedzą co oznacza stereotyp "osoby zadbanej" upowszechniany np. w mediach.

Czasem mam wrażenie, że "kobieta zadbana" staje się synonimem "kobiety kobiecej" i rzadko uwzględnia coś więcej niż tylko to, co widać gołym okiem. Kobiety, które mniej dbają o typowe dla takiej płyciutkiej kobiecości kwestie jak wydepilowane okolice bikini, dieta-cud czy leciutki makijażyk, są często postrzegane jako babochłopy, osoby leniwe, nieciekawe. Moim zdaniem definiowanie kogoś tylko poprzez jego wygląd świadczy o ograniczeniu umysłowym danej osoby. To działa oczywiście w każdą stronę - osoba spełniająca wszystkie kryteria "zadbania" może mieć IQ Einsteina i wiele do powiedzenia na najróżniejsze tematy. Tak samo jak osoba, która "zadbana" nie jest.

Są kobiety, dla których dobrego samopoczucia niezbędne są regularne i częste wizyty u kosmetyczki czy fryzjera. Są kobiety, dla których najlepszym relaksem jest wypad po nowe ciuchy. Są także kobiety, które źle czułyby się w swoim ciele, gdyby "dbały" o nie w taki sposób, które dobrze i pewnie czują się z owłosionymi nogami, dla których depilacja czy golenie to procedury nienaturalne i niepotrzebne. Dla jednej osoby cellulit oznacza życiową porażkę, dla innej - cellulit to tylko nieistotny drobiazg, a są też takie osoby, które w ogóle nie wierzą w jego istnienie. Tak samo jest z owłosionymi pachami i nogami. Tak samo jest z 2-3 kg ponad limit.

Część motylków uważa pro ana za nic więcej tylko właśnie "dbanie o siebie". To ograniczony punkt widzenia, bo dbać o siebie można w więcej niż jednym wymiarze. I nawet jeżeli uznamy, że pro ana jest formą dbania o ciało (choć dość często kiepsko to wychodzi), to z kolei nie ma nic wspólnego z dbaniem o siebie np. w kontekście psychiki. Bo czy "dbaniem o siebie" można nazwać wieczne niezadowolenie ze swojego ciała? Obrzucanie się epitetami typu "spasiona świnia"? Moim zdaniem nie.

Jak chyba w każdym przypadku źródłem problemów są obsesje i przegięcia, o które w "dbaniu o siebie" dość łatwo. Jeżeli potrzeba "dbania o siebie" nie pozwala na spontaniczne wyjścia "bo przecież nie wyjdę do ludzi nieumalowana, niewydepilowana czy nieodchudzona", to coś jest mocno nie tak i nawet jeżeli taka osoba dba o swoje ciało, to dzieje się to kosztem głowy. W tym miejscu nie sposób nie wspomnieć o problemie posiadania potomstwa - nie twierdzę, że urodzenie dziecka oznacza automatyczne i nieustające szczęście i satysfakcję, w końcu nie każda kobieta spełnia się w roli matki. Czy argument "nie chcę mieć dzieci, bo nie chcę rozstępów, obwisłych piersi itp." świadczy o tym, że dana osoba jest płytka czy raczej o tym, że jest na najlepszej drodze do obsesji na punkcie "zadbanego wyglądu"? Bo o ile można uniknąć prokreacji, to starzenia się już nie.

W pewnym momencie balsamy, kremy i masaże przestaną wystarczać. Pozostaną cuda chirurgii plastycznej. Ktoś poprzestanie na jednym prostym zabiegu, ktoś inny poprawiając swoją urodę upodobni sie to plastikowego manekina. W którym momencie dbanie o siebie jest tylko dbaniem o siebie, a w którym staje się zaburzeniem?

15:29, anty_pro_ana , Refleksyjnie
Link Komentarze (28) »
niedziela, 18 lipca 2010

Od kilku dni w mediach głośno o EuroPride, z tej okazji przypomniała mi się wypowiedź, którą znalazłam kiedyś na jednym z amerykańskich blogów pro ana. Jego autorka snuła marzenia o paradzie, której tematem przewodnim nie byłyby orientacje seksualne, ale zaburzenia odżywiania. Zamiast gejów, lesbijek, osób transgenderycznych itd., manifę tworzyłyby anorektyczki, bulimiczki, i inne osoby dumne z tego, że mają ED.

Swego czasu podobną rolę przypisywano symbolom pro ana i pro mia - czerwonym i fioletowym bransoletkom (tak, wiem, że oznaczają one także milion innych rzeczy), które miały stanowić nie tyle znak rozpoznawczy "dla wtajemniczonych", tak jak jest to obecnie, ale symbol dumy z tego, że dana osoba ma ED, oraz oczekiwanie, że inni zaakceptują jej wybór. Padały też sugestie, aby używać tych symboli na znak solidarności z osobami mającymi ED - na takiej samej zasadzie jak funkcjonują różowe kokardki (symbol walki z rakiem). Z jedną różnicą - nie chodziło o solidarność i wspieranie zmagań z zaburzeniami odzywiania, ale życia z nimi.

W dyskusji na temat pro ana i zaburzeń odżywiania dość często pojawia się argument, że jeszcze kilkanaście lat temu homoseksualizm był uważany za zaburzenie, a obecnie środowiska medyczne definiują go jako formę seksualności. Osoby, które uważają ED za styl życia sądzą, że pewnego dnia ludzie dojrzeją do tego, aby również anoreksję i bulimię potraktować w ten sposób. Koniec ze zmuszaniem do leczenia, akceptacja tzw. świadomego wyboru anoreksji, tolerancja dla odchudzania bez ograniczeń.

Osoby, które wierzą, że pewnego dnia ktoś zorganizuje manifę motylków muszę jednak rozczarować. W tej chwili w świecie medycyny i psychologii dominuje trend, wg którego zaburzenia odżywiania są efektem przede wszystkim biologii człowieka. Odnosząc się do homoseksualizmu - tam zawsze istniały głosy wątpliwości dot. natury tej orientacji seksualnej. W przypadku zaburzeń odżywiania takich głosów nie ma. Podkreślam, że chodzi o głosy ze strony osób zajmujących się tym tematem profesjonalnie. Nie istnieje również żadna organizacja, która walczyłaby o tolerancję dla motylków, poza pro ana, która z definicji jest bardzo niezorganizowana.

Zastanawia mnie także jak na paradę motylków zareagowałyby te osoby pro ana, które gorąco optują za zachowaniem jej w tajemnicy. To prawda, że wiele z nich robi to głównie ze względów bezpieczeństwa. Internet pełen jest trolli i innych sfrustrowanych osobników. A jednak są też osoby, dla których tajemniczość i konspiracyjność pro ana stanowią nieodzowny element jej romantycznego mitu. Takie osoby raczej nie zechcą pójść na manifę, bo wtedy pro ana straciłaby dla nich cały swój urok.

Kto poszedłby na paradę motylków? Czy zgromadziłaby ona równie dużą grupę przeciwników co EuroPride? Czy w ogóle wyobrażacie sobie taką manifę?

Tagi: pro ana
20:39, anty_pro_ana , Refleksyjnie
Link Komentarze (9) »
poniedziałek, 28 czerwca 2010

Po raz kolejny thinsoul swoim komentarzem dostarczyła mi tematu na notkę (za co dziękuję):

tak bardzo zaznaczasz różnice pomiędzy pro-aną, a anoreksją. a to nie jest takie oczywiste. gdybyś była pro, skąd wiedziałabyś, czy już nie masz choroby? jasne, są wyznaczniki, że anoreksja jest od jakiegoś BMI itp. ale skoro anoreksja to choroba psychiczna, to ważniejsze jest to, co zachodzi w głowie. a będąc motylkiem, nagle wszystko zaczyna się zmieniać. zaczyna dziać się coś dziwnego. zaczyna się myśleć, jak osoba chora. więc nie można stwierdzić, że anoreksja to poważna choroba, a pro-ana to tylko głupie nastolatki, które chcą się zabawić ze swoją wagą. wiesz? a ja często, czytając to, mam wrażenie, że tak myślisz. że pro-ana to już gorsza kategoria.

Są dwa problemy - jak rozróżnić pro ana i anoreksję oraz dlaczego takie rozróżnienie jest ważne. Postaram się także odnieść do innych kwestii poruszonych przez thinsoul.

1) Kryteria diagnostyczne.

Już kilka razy wspominałam, że obowiązujące kryteria diagnostyczne nie są doskonałe. Moim zdaniem ich największą słabością jest kryterium BMI. Tzn. wg medycznych standardów, aby zdiagnozować anoreksję pacjent musi mieć niedowagę. Tu pojawia się problem poruszony przez thinsoul - anoreksja nie bierze się z powietrza, człowiek nie chudnie poniżej 85% swojej idealnej z punktu medycznego wagi z dnia na dzień. Zanim pojawią się oznaki zewnętrzne anoreksji, zachodzą zmiany w psychice. Zatem jak traktować kogoś, kto myśli, zachowuje się i doświadcza emocji typowych dla anoreksji, a ma wagę w granicach normy? Medyczne klasyfikacje takie przypadki zaliczają do anoreksji atypowej, ew. EDNOS.

2) Uniwersum ED.

Słabością pro ana jest to, że wśród różnych typów zaburzeń odżywiania faworyzuje anoreksję. Opisy zawarte na blogach motylków pozwalają odnaleźć wszelkie formy ED - anoreksję, bulimię, ortoreksję, i inne, nawet nieopisane typy (czyli EDNOS). Gdyby to, co jest rozumiane pod pojęciem pro ana, było nazywane pro ED, byłoby to bardziej precyzyjne ujęcie rzeczywistości. Tymczasem pojęcie pro ana wprowadza w błąd te wszystkie osoby, które wierzą, że pro ana jest drogą do anoreksji, a tym samym utopijnych ideałów perfekcji, chudości itd. Bo decyzja o realizowaniu stylu życia pro ana to trochę jak loteria - może prowadzić do anoreksji, ale dużo częściej prowadzi do bulimii. Są też takie przypadki, gdy prowadzi absolutnie do nikąd.

3) Poza społecznością pro ana.

Myślę, że najważniejszy powód, dla którego pro ana nie powinna być utożsamiana z anoreksją, to te wszystkie osoby, które chorują na anoreksję i inne zab. odżywiania, i które każdego dnia walczą o to, aby wrócić do normalności. Dla takich osób motylki, które swoje marzenia koncentrują na "wyhodowaniu" czy "pielęgnacji" anoreksji, to czasem ciężki orzech do zgryzienia. Zwłaszcza "kandydatki na anorektyczki". Z jednej strony osoby, które chcą pozbyć się brzemienia choroby, z drugiej te, które o tym brzemieniu marzą. I to dość często w imię bardzo płytkich ideałów. Zaryzykuję stwierdzenie, że wiele stereotypów dotyczących zaburzeń odżywiania zawdzięczamy właśnie pro ana. Bo u przeciętnego człowieka, który przypadkiem trafi na blog motylka, który "modli sie do Any" i pragnie być obiektem zazdrości i podziwu (a takich jest najwięcej), pojawia się skojarzenie - anorektyczka to taka płytka i głupia dziewczyna. A potem ten stygmat znaczy nie tylko motylki, ale także te osoby, które przeklinają dzień, w którym zaczęła się ich droga z ED.

4) Społeczność pro ana.

Tak jak już wspominałam nie jeden raz - jednym z najważniejszych czynników decydujących o popularności pro ana jest społeczność oferująca wsparcie, zrozumienie, akceptację i praktyczne porady dot. ekstremalnego odchudzania. Przeglądając blogi pro ana nie jest trudno trafić na dziewczyny, które swój cel wagowy określają w przedziale prawidłowych wartości BMI, które układając dietę zwracają uwagę na to, aby była różnorodna i zdrowa, które uważnie obserwują siebie, bo nie chcą mieć ani anoreksji, ani innego ED, i przy najmniejszym niepokojącym objawie modyfikują swój styl odchudzania się. A jednak wsparcia szukają nie np. na Vitalii, ale w pro ana. Nie tylko czerpią z pro ana, ale także dają coś od siebie - wspierają te osoby, które w odchudzaniu są gotowe posunąć się dużo dalej, aż do anoreksji włącznie.

 

I na koniec zarzut, że pro ana to dla mnie coś gorszego niż anoreksja. Szczerze? I jedno i drugie to dla mnie bagno. Nie wierzę w to, że anoreksja czy inne zab. odżywiania mogą dać komuś szczęście. Natomiast różnica polega na tym, że w stosunku do osób, które walczą o siebie, nie delektują się swoim cierpieniem, nie mitologizują choroby, nie dorabiają do niej ideologii, dużo łatwiej przychodzi mi empatia. Jestem absolutnie przeciwna obwinianiu kogoś za jego chorobę. Tylko co wtedy, gdy ktoś się o chorobę prosi? Gdy aktywnie ją u siebie rozwija? Gdy wspiera w tym inne osoby? Gdy lekceważy cierpienie innych? Jest mi to nie tylko ciężko zrozumieć, ale także trudno powstrzymać się od ironii i złośliwości. I w tym momencie nie chodzi już o granicę pomiędzy anoreksją i pro ana, ale o granicę pomiędzy nieszczęściem, a głupotą. Bo jeżeli w tym wszystkim coś jest godne pogardy i gorszego statusu, to głupota właśnie.

wtorek, 25 maja 2010

Dzisiejsza notka jest krótka i nieco spóźniona z przyczyn technicznych - mój komputer padł, więc chwilowo korzystam z jakiegoś przedpotopowego laptopa.


Czytując blogi pro ana zauważyłam różnorodność słów używanych przez motylki do opisywania czynności jedzenia. Nic w tym zaskakującego, ponieważ większość treści zawartych na tego typu blogach dotyczy jedzenia właśnie. Różny dobór słów opisujących czynność jedzenia sugeruje, że słowo 'jedzenie' nie jest wystarczające, nie oddaje w pełni odczuć towarzyszących posiłkom. Potwierdza to dobór takich, a nie innych słów bliskoznacznych.

Najczęściej używane sformułowania to, oprócz zwykłego "jedzenia" oczywiście, to:

1) pochłanianie (ew. wchłanianie) - pomijając biologiczną definicję tego pojęcia (jeżeli ktoś jest ciekawy, niech pogoogla jak odżywiają się tytułowe ameby) - niesie ono ze sobą pewne skojarzenia. Pewnie każdy z nas będzie to odbierał inaczej. Dla mnie 'pochłanianie' oznacza jedzenie w sposób bezmyślny, mechaniczny, bez wnikania w smak, konsystencję czy temperaturę pokarmów. 'Pochłanianie' kojarzy mi się z szybkim jedzeniem, takim, o którym zapomina się zaraz po tym, jak ostatni kęs zniknie w przełyku.

Na blogach pro ana słowo 'pochłaniania' towarzyszy posiłkom o różnej wielkości - od jednego jogurtu czy serka, aż do posiłków liczących sobie tysiące kalorii.

2) pożeranie (ew. zżeranie) - w tym słowie dostrzegam przede wszystkim nacisk na szybkość jedzenia, oraz sporą wartość kaloryczną zjadanego posiłku. Na blogach pro ana jest ono używane właśnie w takim kontekście, z ewidentnie negatywnym zabarwieniem. 'Pożarcie' oznacza często zjedzenie czegoś spoza ustalonego planu, przez co przekroczony zostaje wyznaczony limit kalorii. Dość często pojawia się w towarzystwie sformułowań takich jak np.: 'zawaliłam' lub 'jestem beznadziejną, tłustą świnią'.

3) konsumowanie (najrzadziej używane) - przyznaję, że użycie tego słowa na blogach pro ana wydaje mi się dość zabawne. Osobiście kojarzę je ze spożywaniem jakichś specjałów typu kawior czy frittata al tartufo, jedzeniem czegoś bardziej dla walorów smakowych czy zaspokojenia snobizmu, niż głodu. Na blogach pro ana słowo 'konsumowanie' jest używane z pewną nonszalancją i wydaje mi się wyrazem samozadowolenia, że spożyty posiłek spełnił warunki diety.

Zastanawiam się, czy osoby, które w tak specyficzny sposób dobierają słowa określające czynność jedzenia, robią to świadomie. Raczej nie doszukiwałabym się tutaj zabiegów mających na celu podniesienie wartości literackich blogów pro ana. Kiedyś pisałam już o tym, czym jest normalne jedzenie. Może właśnie o to tutaj chodzi? Osoba, która pochłania, pożera. ew. konsumuje, nie potrafi po prostu normalnie jeść?

Tagi: pro ana
00:24, anty_pro_ana , Refleksyjnie
Link Komentarze (3) »
 
1 , 2 , 3
Terapia anoreksji, bulimii