Występy gościnne

piątek, 27 stycznia 2012

Ogłoszenie zamieszczam w imieniu pani Agnieszki Michalskiej, która pracuje dla stacji TVN Style. Pani Agnieszka poszukuje rodziców dzieci, które mają anoreksje lub bulimię. Chodzi o udział w nowym programie Doroty Zawadzkiej (znanej szerszej publiczności jak Super Niania).


Na 150% nie chodzi o program Rozmowy w Toku, ani nic w tym stylu.

Adres kontaktowy do p. Agnieszki to: a.michalska@tvn.pl

 

Pozdrawiam :-)

czwartek, 09 czerwca 2011

Dzisiejszy wpis to wpis gościnny. Przedstawiam wam Weronikę i Kasię, które podjęły się napisania tego jakie zalety i wady ma (lub miało) dla nich bycie "pro ana". Bardzo dziękuję Weronice i Kasi za poświęcony czas :-)

 

Weronika

Każdy medal ma dwie strony. Tak samo jak bycie motylkiem. Nie zawsze jest tak jak planuję. Czasem gdy staję na wadze cieszę się, a czasem niekoniecznie. Gdy dostaję 5 w szkole cieszę się, ale wiem że zaraz przyjdzie koleżanka i poczęstuje mnie czymś tuczącym. Jest takich przykładów w moim życiu bardzo dużo, oczywiście wszystkich nie da się wymienić ale to te najbardzej przychodzące mi do głowy.

Plusy bycia z Aną:
+ chudnę
+ mam białe zęby, bo gdy jesteśmy głodne idziesz myć zęby
+ jesteś w dobrej formie, ponieważ ćwiczysz, spalasz tłuszcz
+ ponieważ chcę być perfekcyjna mam perfekcyjnie posprzątany pokój, pościelone łóżko, perfekcyjny makijaż
+ gdy idę ulicą, ludzie patrzą na ciebie z zazdrością
+ mam kontrolę nad ciałem

Minusy bycia z Aną:
- może mnie to doprowadzić do szpitala i karmienia rurką przez nos
- odłączam się od przyjaciół bo mnie nie rozumieją
- często mam dość
- stając na wadze płaczę gdy idzie mi źle i cały dzień spieprzony
- muszę oszukiwać najbliższych
- trzeba pamietać ile w danym dniu można zjeść kalorii
- nie mogę przestać myśleć o tym ile masz cm w biodrach, ile dziś rano było na wadze, czy możesz zjeść dziś to i tamto

 

Kasia

Po prawie dwóch latach leczenia, każdy plus, który widziałam przedtem nabawił się “ale” i w zasadzie przestał być plusem. Największa różnica jest taka, że odchudzanie nie jest już najważniejszą częścią mojego życia. Nauczyłam się odpychać od siebie ten przymus chudnięcia, koncentrować się na innych celach, dlatego teraz te plusy nie mają dla mnie znaczenia.

Korzyści, które motywowały mnie do bycia pro ana:
+ bardzo pociągająca atmosfera - nie musiałam się nikomu tłumaczyć dlaczego odchudzanie było dla mnie ważne, było to dla innych motylków oczywiste
+ praktyczne informacje o odchudzaniu, nie musiałam szukać ich sama, miałam wszystko podane na tacy
+ motywacja do odchudzania - najbardziej motywowało mnie to, gdy inne dziewczyny opisywały ile schudły
+ odchudzając się z pro ana miałam poczucie, że robię coś więcej, niż tylko chudnę, to było bardziej jak taka metamorfoza (teraz wiem, że to było złudzenie - czułam, że staję się inna, lepsza, ale wcale nie stawałam się inna, tylko odsuwałam się od innych ludzi)
+ podobało mi się uporządkowanie wszystkiego, życie z precyzyjnym planem (teraz też tak mam, tylko plan się zmienił)
+ gdy pojawiały się wątpliwości, bo przez niejedzenie byłam słaba fizycznie, miałam problemy ze zdrowiem, włosami, zębami, pro ana dostarczała mi wymówek dlaczego taki styl życia był dobry (teraz wiem jak śmieszne były niektóre wymówki - np. oszczędzanie na słodyczach - moje leczenie kosztowało dużo więcej, albo to, że jak będę chuda, będę mogła nosić wszystko - nie wszystko, bo musiałam ukrywać ile naprawdę schudłam, albo to, że inni zazdroszczą mi szczupłej sylwetki i perfekcyjności - na pewno nikt mi nie zazdrości czasu spędzonego w szpitalu, myśli samobójczych, i tego ile musiałam się napracować, żeby przeżyć)

Minusy życia z pro ana:
- pro ana bardzo wciąga, dlatego straciłam kontakt ze znajomymi, z siostrą i innymi osobami ważnymi w moim życiu, po pewnym czasie, gdy już byłam w terapii, okazało się, że mam tak dużo do nadrobienia w relacjach z innymi, że to było jak poznawanie się od nowa
- przestałam mieć własne zdanie, bo jak robot powtarzałam to, co przeczytałam od innych dziewczyn
- gdy zaczęłam się leczyć musiałam przezwyciężyć nie tylko chorobę, ale też przywiązanie do pro ana
- gdy zaczęłam mieć wątpliwości o byciu motylem, osoby, które poznałam dzięki pro ana zaczęły się ode mnie odsuwać, to było bardzo bolesne, bo wydawało mi się, że mnie rozumieją i wspierają
- czuję się oszukana, dlatego że to co zyskałam z pro ana przestało mieć znaczenie, a wiele konsekwencji anoreksji będzie mi towarzyszyć już zawsze

piątek, 29 kwietnia 2011

Dziesiejszym gościem na blogu jest miłośnik kobiecych wdzięków - Czader.

 

Po tym co przeczytacie możecie dojść do wniosku że jestem przewrażliwionym paranoikiem. Ale chciałem się z Wami podzielić myślą - Teorią - Teorią Spisku.
Przyszła Wiosna - po czym ją poznaję ? Nie, nie po kwiatkach, ptaszkach, czy słoneczku. Wiosnę poznaję po ogromnym bilboardzie reklamowym gdzie wychudzone dziewczę zaprasza mnie na wiosenne zakupy - nie dziękuję, nie skorzystam. Zostaję w domu. Wyglądam przez okno. Widzę coraz bardziej porozbierane panie. Zadziwiające jest to, że tylko te wychudzone. Odchodzę od okna. Włączam TV. Reklama. "Zamień kluseczki na figurę laseczki"
Jasna Cholera ! A jak ktoś nie chce być laską tylko Sobą to co ?
Pstryk. Inny kanał. Bach - Reklama - "zrób coś na wiosnę" - dieta wiosenna... bla bla bla... , oczyść się, wycisz się, schudnij, trenuj, zrób coś ze sobą,
zaraz moment, ze sobą ? czy ze swoim ciałem ?
Oto moja teoria spiskowa.
Manipulują naszymi mózgami abyśmy zamiast myśleć o sobie, skupiali się na swoim ciele. Ja tam wolę myśleć. A ciało ? Moje ciało jest ze mną.

wtorek, 01 czerwca 2010

Dzisiejszym gościem na blogu jest kaktuska, która zechciała podzielić się swoją historią i odpowiedzieć na kilka pytań. Bardzo dziękuję kaktusce za szczerość i czas, który chciała poświęcić. I oczywiście powodzenia na przyszłość :-)

 

Moja historia z anoreksją zaczęła się nieco inaczej niż u innych. Ja naprawdę byłam gruba i to lekarka zaleciła mi przejście na ''lżejszy'' tryb życia gdy zaczęłam gimnazjum. z tym że dla mnie to była szansa. czułam jakbym złapała Pana Boga za nogi.. mogłam wreszcie zrobić coś z czego będę dumna i co nie będzie kolejnym dyplomem czy paskiem na świadectwie.

nie ukrywam iż od zawsze wydawało mi się że ludzie nie lubią mnie bo jestem gruba i dobrze się uczę. byłam klasową ofiarą losu etc. na początku moi znajomi zareagowali pozytywnie. chwalili że super wyglądam. jednak im bliżej byłam ustalonej wagi 60kg, tym dalej byłam od ludzi. sama w swoim paranoicznym świecie liczb. przez sen potrafiłam liczyć kalorie... gdy nadeszła wiosna i okres pod tytułem 'przygotujmy się do lata' przestałam jeść w ogóle. po dwóch tygodniach 'padłam' i wylądowałam w szpitalu. nikt nie wierzył w moją chorobę , a najbardziej przeczyli jej  moi rodzice. wypuszczono mnie po tygodniu gdyż moja waga utrzymywała się, polecono się leczyć psychiatrycznie.

po jednej wizycie obkręciłam psychiatrę wokół palca, przepisała mi leki na depresję i kazała rodzicom iść na terapie, bo to niby oni są winni mojego załamania. przez wakacje znów schudłam, mama zagroziła że odda mnie na leczenie... zgodziłam się iść do ginekologa. leki przepisane przez niego przywróciły mój organizm do normy pod względem wagi i funkcjonowania. poznałam wspaniałych ludzi w szkole i kalorie zniknęły. byłam na powrót szczęśliwą nastolatką rozpoczynającą drugą klasę gimnazjum.

problem powrócił gdy poszłam do liceum. Na własne nieszczęście wybrałam elitarne liceum. sami idealni ludzie z cudownymi ocenami, w markowych ciuchach z ''dobrych'' i bogatych domów. jedyne co ja miałam to dobre oceny. mieszkam w bloku i dzielę pokój z młodszą siostrą. po pierwszym miesiącu straciłam nadzieję na dobre oceny. chciałam zaimponować więc czymś innym znów padło na wagę.....

samotna w swym świecie cudem wyratowana przez pedagog szkolną trafiłam do kliniki ważąc 34kg. tam ustalono że nie wyjdę do póki nie osiągnę 53 kg.

tamten czas mnie zmienił. mogłam się zatrzymać i odetchnąć. choć potem to zaprzepaściłam. rodzice nalegali bym przytyła i wyszła jak najszybciej. kupowali nutridrinki, ulubione jedzenie, etc. gdy tylko mogłam się z nimi zobaczyć byli tacy radośni, kochający, poprostu jak inni ludzie.

z pobytu w szpitalu wyciągnęłam wnioski... po pierwsze tylko wariaci są coś warci, po drugie dobry profil wybrałam bo jedyne czego uczyłam się podczas pseudonauczania indywidualnego była biologia, a po trzecie nikt mnie naprawdę nie kocha i nie potrzebuje tak jak Kuba.

co prawda po wyjściu z oddziału schudłam 3 kg ale nie starałam się o to. zaczęłam po prostu prowadzić inny od szpitalnego tryb życia. 2 dni temu minął rok od kiedy wyszłam ze szpitala. moja waga jest mi obojętna. ocenami przestałam sie przejmować, gdyż niestety moja pamięć jest o wiele gorsza niż wcześniej, częściej jestem zmęczona, itd. jedyne czego nie mogę sobie wybaczyć to to, że nigdy nie będę matką. nie będę miała okazji czuć kopiących stópek, bicia serduszka i przewracania się Kogoś w moim brzuchu.

obecnie czuję się wyleczona. to ile mam kilo nie rzutuje na to kim jestem. mam kochającego chłopaka i planujemy wspólne studia ;)

 

Czy potrafisz sobie przypomnieć taki moment, w którym byłaś już chora (patrząc z obecnej perspektywy), ale nie przyjmowałaś tego do wiadomości?
z tego że jestem chora zdałam sobie sprawę w Święta Bożego Narodzenia, około miesiąca przed tym jak trafiłam do szpitala... gdy moja waga była poniżej 40 kg i pierwszy raz widziałam jak mój ojciec płacze, zapijając to whisky.. on który nie lubił alkoholu....

Czy uważasz, że anoreksję można wybrać w sposób świadomy?
niestety tak. o ile samej choroby nie da się ''osiągnąć'' to zdecydowanie łatwo sprowokować jej wystąpienie u osoby wrażliwej, np przez dawanie przykładu w blogach, ''dobre rady'' i thinspiracje

Miałam okazję rozmawiać z osobami, które miały różne problemy - ED, uzależnienia, i dość często te osoby mówiły, że nawet, gdy były już wyleczone, to zdarzały im się momenty, gdy z sentymentem wspominały chwile ze swoimi nałogami, mówiły o tym jak przeraża ich to, że gdzieś tam w środku jest w nich to coś, co muszą kontrolować, żeby nie pociągnęło ich na dno. Czy możesz odnieść się do tego?
gdy widzę modelki, chudzieńkie dziewczyny w ślicznych strojach to tęsknie do tego. mam też swoje fanaberie.. jak balsam to ujędrniający, zero push-upów i innych pogrubiających rzeczy.. chleb chrupki, słodzik.. potrzebuję tego by czuć się bezpiecznie, choć nie liczę kalorii i nie ważę się zbyt często, to kontroluję wymiary raz na miesiąc. a od dna broni mnie miłość, nie jestem w stanie zranić Kuby, jeżeli chciałby mieć kiedyś ze mną dziecko, obiecałam mu, że poddam się terapii hormonalnej, nawet jeśli spowoduje to przyrost 8-10 kg, nie chcę jednak przekonać się czy gdyby on mnie zawiódł, opuścił to czy nie załamałabym się kolejny raz.

Na podstawie tego co przeżyłaś, czy możesz powiedzieć czy jest sens pomagania osobie chorej, gdy ona tego nie chce?
tak. łopatologicznie pokazywać że jest chora.. w końcu zrozumie... lub wybierze śmierć..


Gdybyś mogła choć w kilku słowach napisać co powinny zrobić osoby bliskie chorym, żeby pomóc?
przede wszystkim kochać. pokazywać jak jest ważna i NIE PRZYSPIESZAĆ LECZENIA, NIE TUCZYĆ, DAĆ SZANSĘ NA DOJŚCIE DO ZDROWIA.

 

sobota, 08 maja 2010

Pod notką Niedźwiedzia przysługa? wywiązała się dyskusja na temat mojego bloga i tego w jaki sposób może być odebrany, a informacje zebrane na nim wykorzystane w praktyce. Wczoraj otrzymałam maila od czytelniczki. Poprosiłam autorkę o zgodę na opublikowanie jej listu. Oto i on:

 

Czytam pani bloga od jakiegoś czasu, dzisiaj ze zdumieniem przeczytałam opinie pod wpisem o dziewczynie, którą szkoła chciała wyrzucić za publikowanie zdjęć w Internecie. Chciałabym żeby pani wiedziała, że nie tylko motylki czytują pani bloga. Ja trafiłam na niego z głównej strony Wyborczej, i od tamtej pory jestem wierną czytelniczką, choć nigdy nie komentowałam.

Po przeczytaniu artykułu o tym jak rozpoznać motylka, zainteresowałam się czym jest pro ana. Mam 15 letnią córkę, która w kółko mówi o tym że wygląda gorzej od koleżanek, przywiązuje ogromną wagę do pozycji towarzyskiej, ciągle jest na diecie. Na początku traktowałam to z przymróżeniem oka. W końcu większość kobiet przechodzi taką fazę i nie ma się czym przejmować. Po przeczytaniu pani artykułu o motylkach poczułam niepokój. Tego wieczora przeczytałam kilkanaście kolejnych wpisów. I przyznam szczerze, że w pewnym momencie zaczęłam obawiać się, że popadam w paranoję.

Na Naszej Klasie sprawdziłam konto córki i wszystkich jej koleżanek, potem zaczęłam zaglądać w profile córkom znajomych. I nagle okazało się, że praktycznie połowa ma motylki w opisach, albo inne hasła, o których pani pisała. Potem zaczęłam przypominać sobie różne zdarzenia z naszego domu. Córka, która wykłócała się o każdy kawałek ziemniaka czy makaronu na swoim talerzu. Przypomniałam sobie jej nagłe zainteresowanie sportem - kilka miesięcy wcześniej córka zapisała się na sekcję siatkówki, mimo, że wcześniej marudziła za każdym razem jak miała mieć WF czy inne imprezy sportowe w szkole. Przypomniałam sobie jej dziwne zachowanie na imieninach mojej mamy, a jej babci. Błagała mnie, że nie chce iść, że ma pracę domową, że źle się czuje. Prosiłam, bo wiedziałam, że babci byłoby przykro, gdyby jedyna wnuczka sie nie pokazała na jej uroczystości. Pamietam jak było mi wstyd, gdy córka najpierw odmawiała jedzenia, a potem rzuciła się na ciasta, a jedna z koleżanek babci śmiała się, że ja córkę chyba głodzę.

Takich drobnych zdarzeń było więcej - złe samopoczucie, spuchnięte oczy, sińce pod oczami. Wtedy myślałam, że może córka ma kłopoty z chłopakiem, albo po prostu źle się czuje, w końcu szkoła to też stres.

Przesiedziałam całą noc przed komputerem, przeczytałam pani bloga od deski do deski, potem artykuły podane w linkach. W końcu zaczęłam szukać stron pro ana. Przeraziłam się tym co te dziewczyny tam wypisują, a jeszcze bardziej przeraziło mnie to jak jedna z nich opisywała swoją matkę. Nie wiedziałam co mam zrobić, chciałam zrobić córce awanturę, ale zaczęłam zastanawiać się nad sobą. Wychowuję córkę sama, mam pracę, która potrafi zająć mi bardzo dużo czasu i choć daje niezłe pieniądze, wiąże się z wielkim stresem. Ile razy rezygnowałam z obiadu, bo nie miałam czasu, lub byłam zbyt zmęczona. Wstyd mi było przed sobą, że tak mało wiem o własnym dziecku.

Gdy następnego dnia rano córka wyszła ze swojego pokoju postanowiłam pójść za pani radą i na spokojnie z nią porozmawiać. Spytałam ją co znaczą takie znaczki z motylkami przy imionach koleżanek na Naszej Klasie. Córka próbowała mnie zbyć, ale zapytałam ją wprost czy wie co to znaczy pro ana. Pokazałam jej pani bloga. Córka była zła, krzyczała, że ja jej nie rozumiem, że nie mam dla niej czasu, że już niedługo będzie dorosła i nic jej nie mogę zrobić, że nienawidzi mnie. Ileż siły kosztowało mnie zachowanie spokoju, choć chciało mi się wyć i tupać tak jak wyła i tupała moja córka. W końcu powiedziałam tylko, że ją kocham, że nie chcę aby się krzywdziła, że każdy popełnia błędy, a ja jestem gotowa zmierzyć się z moimi, i chcę, aby ona zrobiła to samo.

Wzięłam w pracy urlop i kilka dni później wyjechałyśmy razem na wakacje. Decyzję o miejscu podjęłyśmy wspólnie. Przegadałyśmy dużo czasu, po kilku dniach córka otworzyła się na tyle, żeby opowiedzieć mi o wszystkim. Nie miała bloga pro ana, ale wchodziła na blogi jej koleżanek. Pisała też z kilkoma dziewczętami na gadu-gadu. W końcu powiedziała mi - mamuś, ja nie chcę być anorektyczką, nie chcę wymiotować, ale ja tak okropnie chcę być chuda. Postanowiłyśmy razem poszukać psychologa, chodzimy raz na dwa tygodnie. Pani Kasia, która się zajmuje nami pomogła nam zrozumieć się nawzajem, pomogła nam też opracować plan działania.

Nauczyłyśmy się jak rozmawiać ze sobą, zapisałyśmy się razem na aerobik. Wspólnie opracowałyśmy plan posiłków. Staramy się jeść razem śniadanie i obiad (zazwyczaj w porze kolacji). Za namową córki zmieniłam swój wygląd, sama poczułam się pewniejsza siebie. Ufam mojej córce, nie trzymam jej pod kloszem, dużo rozmawiamy - ja opowiadam jej o swoich problemach, ona mi o swoich. To wspaniałe uczucie móc śmiać się i płakać razem z własnym dzieckiem.

To nasza historia w takim wielkim skrócie, nie zawsze jest idealnie, sprzeczamy się tak jak matka z córką tylko potrafią, pewnie obie popełnimy jeszcze niejeden błąd. Ale wierzę, że udało nam się uniknąć tragedii. I za to chciałam pani podziękować i dodać otuchy. Niech pani nie zniechęca się negatywnymi komentarzami. Dla nas zrobiła pani bardzo dużo i obie z córką wiernie pani kibicujemy.

Krystyna

piątek, 09 kwietnia 2010

Autorem dzisiejszej notki jest autor jednego z moich ulubionych blogów - Z życia heteroseksualistów - Navaira. Bardzo Ci dziękuję za szczerośći i za cierpliwość ;-)

 

Kilka tygodni temu czytałem sobie akurat archiwalne notki niniejszego bloga, kiedy moją uwagę przykuło pewne sformułowanie, dotyczące anoreksji: "kiedy ostatni raz widziałeś twoją córkę [...] jedzącą normalny, kompletny posiłek wykonany z produktów nie light". Przełknąłem to, co akurat jadłem, po czym przyjrzałem się krytycznie zawartości miseczki: serek wiejski light, zmieszany z pomidorem i świeżo mielonym pieprzem. 26 gram białka, 13 gram węglowodanów, 4 gramy tłuszczu.

Przejrzałem szybko kolejne punkty listy "Jak rozpoznać motylka". Jadam sam, w swoim pokoju, co nie jest trudne gdy mieszka się samemu. Zdarza mi się wyrzucać otrzymane w prezencie słodycze -- nigdy nie lubiłem słodyczy, więc jeśli goście czegoś nie zjedzą, wylatuje. Znam na wyrywki wartość kaloryczną potraw. Ważę się regularnie i na ogół potrafię podać swoją aktualną wagę i zawartość procentową tłuszczu w organizmie. Strach przyznać, ale znam też swój obwód w talii, bicepsie, udzie i tak dalej.

Różnica polega na motywacji.

O ile w miarę proste (wydaje mi się) jest odróżnienie strony internetowej "pro ana" od strony internetowej o zdrowym odżywianiu, o tyle z przypadku męskiej formy anoreksji problem jest o wiele większy. Nie wiadomo mi nic o istnieniu pism dla anorektyczek (chyba, że wliczymy utwory typu Twój Styl, które potrafią podać na stronie 45 przepis na dietę-cud złożoną z jednego winogrona dziennie, a na stronie 46 przepis na ciasto czekoladowe). Natomiast pisma dla kulturystów dumnie prezentują napakowanych sterydami supermenów, a obok nich tytuły: "Strać 5 kg tłuszczu w 4 tygodnie i zachowaj masę mięśniową", czy "Cała prawda o koksie". Pismo pod tytułem Men's Health wcale nie promuje zdrowia; promuje drogie ciuchy, drogie zegarki, drogie samochody, drogi sprzęt elektroniczny, nienagannie wyrzeźbione, silnie umięśnione ciała zawodowych modeli, nie wspominając o tym, że praca 60 godzin w tygodniu (celem zarobienia pieniędzy na te akcesoria) oraz spędzanie 3 godzin dziennie na siłowni są ze sobą mało kompatybilne. Podobnie, jak pisma dla kobiet prezentujące ciuchy na potwornie wychudzonych modelkach, pisma dla mężczyzn wcale nie promują "zdrowego środka". Promują nieosiągalne ideały. Tylko czy aby na pewno bycie patykowatą modelką lub kulturystą z 50 cm bicepsem jest... ideałem?

Anorektyczkę często daje się odróżnić od osoby zdrowej na pierwszy rzut oka. Z manorektykiem nie musi wcale być tak łatwo; takowy egzemplarz może wyglądać dla otoczenia jak fantastycznie zbudowany, super zdrowy mężczyzna. Regularnie ćwiczy, unika alkoholu i niezdrowego jedzenia - ideał! Tyle, że ten ideał, patrząc w lustro, nie widzi tego, co widzi jego otoczenie; widzi albo wychudzony szkielet bez odrobiny mięśni, albo grubasa. Nie jest zadowolony ze swojego ciała; nienawidzi go - i samego siebie za swoją "słabość".

Pewnego dnia, około dwóch lat temu, zobaczyłem siebie przypadkiem w lustrze zamontowanym pod takim kątem, że nie było widać mojej twarzy, tylko tors. "Fajnie zbudowany facet," pomyślałem, po czym obejrzałem się za siebie. Nie zobaczyłem nikogo. Zbudowanym facetem byłem ja. Tyle, że patrząc w lustro o poranku kilka godzin wcześniej widziałem zupełnie co innego. Widziałem grubasa o wątłych ramionkach; kogoś, kto marnuje czas na siłowni, bo przecież i tak nie ma żadnych efektów; kto miał wczoraj spalić na crosstrainerze 570 kalorii, a spalił tylko 568, więc właściwie się nie liczyło; kogoś, kto wczoraj zjadł, na przykład, kosteczkę czekolady i proszę, od razu efekt, ogromne brzuszysko. (Ogromne brzuszysko mieściło się w dżinsy rozmiaru 32.)

Nie byłem wtedy wcale taki znowu gruby, nie byłem też taki znowu słaby. Ale - podobnie, jak motylki - kompletnie zatraciłem zdolność rozeznania, jak ja właściwie wyglądam z zewnątrz i co jest moim celem. Osiągnąwszy 35 cm w bicepsie natychmiast postanowiłem osiągnąć 36; gdy dotarłem do 36, nie czułem się bynajmniej jak zwycięzca, bo przecież wtedy nowym celem było już 37. To samo z rozmiarem w pasie; owszem, dżinsy rozmiaru 32 są węższe niż te rozmiaru 34, ale przecież skoro udało mi się osiągnąć 32, to znaczy, że to jest bardzo łatwe i wcale się nie liczy. Czas na 30! (Jak zapewne się domyślacie, osiągnąwszy rozmiar 30 postanowiłem zejść do 28.) Jedzenie również było dla mnie źródłem nieustających stresów; zjedzona wieczorem bułka powodem do samoudręczania, dodatkową łyżkę jogurtu moja wyobraźnia natychmiast prezentowała mi pod postacią centymetra tłuszczu wokół bioder. I przede wszystkim nigdy, nigdy nie było wystarczająco dobrze; bo jeśli cokolwiek mi się udało osiągnąć, to znaczyło, że zrobiłem za mało, a jeśli mi się nie udało, to znaczyło, że za mało się staram.

Chociaż celem mojej terapii nie było akurat uświadomienie mi, że mój obraz własnego ciała mija się z rzeczywistością, nastąpiło to jakby mimochodem. Po zakończeniu terapii przestałem pić alkohol - nie zupełnie, po prostu przestałem czuć potrzebę picia codziennie; przestałem ćwiczyć do upadku i smagać samego siebie wyzwiskami, jeśli nie dotarłem do wyznaczonej liczby kalorii; moim problemem jeśli chodzi o dżinsy przestało być to, czy w pasie mam rozmiar 30 czy 28, a zaczęło to, że ciężko jest kupić dżinsy dla faceta o dużych udach. I dopiero wtedy praca na siłowni stała się przyjemnością; te same ćwiczenia przestały być sposobem na samoudręczanie, a zaczęły być relaksem i sposobem na siłowanie się z samym sobą; czy zdołam wykonać to ćwiczenie 15 razy z 20-kilogramowym ciężarkiem? Jeśli tak, to odniosę sukces i będę z tego dumny; jeśli nie, to uda się następnym razem.

Dwa lata później mam właściwie takie same rozmiary, jakie miałem wtedy. Natomiast moim celem na siłowni nie jest ani "rośnięcie", ani chudnięcie; nie jest nim wyciśnięcie kolejnych 10 kg lub spalenie 10 kalorii więcej na bieżni. Moim celem jest posiadanie zdrowego, silnego ciała i uniknięcie chorób starszego wieku typu osteoporoza czy zanik mięśni. I dlatego, kiedy Kate Moss mówi "nothing tastes as good, as skinny feels", irytuję się - bo to zdanie jest PRAWIE prawdziwe. Nic nie smakuje tak dobrze, jak bycie zdrowym, droga Kate. Nie: chudym. I kiedy jem swój serek wiejski z pomidorkiem, nie robię tego dlatego, że wydaje mi się, że jestem za gruby; robię to dlatego, że ten serek jest tym, czego moje ciało potrzebuje. Moje piękne, zdrowe ciało, które jest tego rozmiaru, jaki mi pasuje. A jeśli przy okazji wyhoduje mi się na brzuchu sześciopak, będę oczywiście bardzo zadowolony, ale jeśli mi się nie uda, nie będę z tego powodu spędzać bezsennych nocy - cokolwiek Men's Health miałoby na ten temat do powiedzenia.

Navaira

 

PS Gdyby ktoś miał ochotę podobnie jak Navaira wystąpić u mnie gościnnie - serdecznie zapraszam.

Terapia anoreksji, bulimii